Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 grudnia 2014

Sztuka widzenia przyszłości

error

Podróże w czasie i możliwość przewidywania przyszłości to tematy wałkowane od lat i jak do tej pory wydające się nieśmiertelnymi. Nam, istotom zamkniętym w naszym świecie i znającym (w każdym razie z doświadczenia) jedynie czas w ujęciu liniowym zagadnienia te spędzają sen z powiek - zbyt wiele tutaj jest dla nas niepojęte.
W pewnym stopniu każdy z nas jest w stanie przewidzieć przyszłość. Myślę, że niemal każdy z nas prędzej czy później zdaje sobie z tego sprawę i nie jest to żadne rewolucyjne stwierdzenie. Na podstawie doświadczenia bowiem, jesteśmy w stanie bowiem przewidzieć co się stanie. Oczywiście jedynie z pewnym prawdopodobieństwem, bo żaden ani nie zna wszystkich warunków wyjściowych przy badaniu danego zjawiska, ani nie byłby w stanie odpowiednio ich przeanalizować - zawsze operujemy tylko na modelach. Zawsze.
Umiejętność trafnego przewidywania przyszłości, czy też wyciągania wniosków i operowania na modelach w niektórych sytuacjach przydaje się mniej, a w innych bardziej (zresztą jak chyba wszystko, bo nawet zupełnie nieprzydatne talenty przydają się czasem do tego, by móc się czymś pochwalić). Cecha ta jest bardzo pożądana u programistów - mało kiedy zależy nam na stworzeniu czegoś co będzie działało tylko jednorazowo i w dodatku przy licznych założeniach dotyczących warunków użytkowania. Dużo częściej dążymy do tego, aby stworzony program, czy aplikacja mogły służyć nie tylko przez jak najdłuższy okres, ale również wielu osobom zachowując podobne standardy funkcjonalności w różnych warunkach i sytuacjach. Aby tak było, trzeba podczas tworzenia programu myśleć nie tylko o tym, jak powinien on być użytkowany i jak działałby w najbardziej zbliżonych do idealnych warunkach, ale (przede wszystkim) o tym, co mogłoby pójść nie tak i jakie błędy może popełnić użytkownik, a potem zapobiec temu z wyprzedzeniem (na tyle na ile to możliwe). Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że najlepszy program to w takim razie taki, który przewiduje jak najwięcej możliwych opcji zachowania i maksymalnie zoptymalizowany. Istnieje jednak pewna granica poza którą z wielu względów nie opłaca się wychodzić, bo pochłonęłoby to zbyt wiele środków w stosunku do widocznych efektów, a nie da się stworzyć czegoś co byłoby w stu procentach "idiotoodporne"
.

Według jednej z (moich) teorii, najmniejszą jednostką życia nie jest kwant czasu, ale kwant decyzji. Życie składa się z wyborów wpływających bezpośrednio na nasza przyszłość. Najlepiej widać tą przyszłość kiedy stajemy przed wyborem mającym dla nas kluczowe znaczenie. Jeszcze przed podjęciem ważnej decyzji przyszłość rozwarstwia się ukazując nam wiele możliwych konsekwencji, a przede wszystkim kilka ścieżek głównych, w których owa przyszłość może ze względnie dużym prawdopodobieństwem zostać osadzona. Wrażenie jest takie jakby człowiek dotykał tajemnicy istnienia równoległych wszechświatów (a może to wcale nie wrażenie) - spoglądając w przód w czasie widać wtedy te nieskończoność możliwych ścieżek na które rozgałęzia się ta, na której aktualnie się znajdujemy, tym mniejszych, im mniejsze wydaje się nam prawdopodobieństwo podążenia nimi. Gdyby potraktować wtedy czas jako kolejny wymiar przestrzeni (a więc nie liniowo), można by wyobrazić sobie, że dane jest nam spojrzeć na tę przestrzeń z większego niż zwykle dystansu. Przynajmniej tak widzę to ja w swoich ograniczeniach i operując na znanych sobie modelach.
W przypadku kolapsu świadomości pod wpływem przeciążenia informacjami (w postaci emocji, myśli, słów, zdarzeń i wszelkiego rodzaju bodźców zewnętrznych i wewnętrznych) nasz własny mały -wielki Wszechświat ulega załamaniu. Możemy podróżować w czasie na niewielkie odległości, a nawet przy odrobinie szczęścia poobserwować siebie z dystansu w różnych momentach tegoż czasu, również w tym, który uważamy za aktualny.
Pojawia się wtedy pytanie na ile wszechświat, w którym osadzona jest nasza świadomość jest deterministyczny. Jak bardzo możemy wpłynąć na nasza przyszłość jeżeli liniowość czasu jest tylko złudzeniem. Jak wielką rolę tak naprawdę odgrywamy my wraz ze swoją świadomością w całym procesie podejmowania decyzji oraz czy wydarzenia, które w danym momencie wydają się najbardziej prawdopodobne rzeczywiście takie są. Życie potrafi zaskakiwać i wielokrotnie nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego co lub kto był/jest/będzie naszym motylkiem chaosu, który sprawi, że znajdziemy się w zupełnie innej alternatywnej rzeczywistości niż pierwotnie zakładaliśmy.

Tych najważniejszych i zarazem najczęściej najtrudniejszych decyzji chciałoby się nie podejmować. Nie można jednak zapomnieć, że brak wyboru jest również wyborem wytyczającym naszym przyszłym losom pewną ścieżkę. Czy więc lepiej jest poddać się prądom czasu i materii, czy świadomie (spróbować) wpłynąć na swój tak zwany los? Decyzja goni decyzję i każda z nich jest tak naprawdę nieodwołalna, co najwyżej można podjąć próbę zmiany jej skutków poprzez kolejne decyzje.

Stojąc u progu jednej z najbardziej kluczowych decyzji w moim życiu (choć tak naprawdę nigdy nie wiadomo co i kiedy okaże się kluczem do jakiego zamka) trzymam kciuki za mnie, za to ja, którego jestem aktualnie najbardziej świadoma i z którym najbardziej się utożsamiam. Czekam i patrzę co wybiorę, obserwuję jak kształtują się moje ścieżki w momencie, gdy czuję, że wszystko co wydawało mi się, że jest prawdą, okazuje się tylko jedną z alternatyw w przedziale od całkowitego kłamstwa do prawdy absolutnej.

Na zakończenie dodam tylko, że po raz kolejny odkrywam jak kiepski ze mnie informatyk. Nie tylko dlatego, że nie umiem programować, ale głównie dlatego, że przetwarzanie informacji zbyt często doprowadza mnie do wcześniej wspomnianego kolapsu. Może to wszystko dlatego, że dążąc do (zbytniej) optymalizacji swojego stanu niepotrzebnie rozważam zbyt wiele alternatywnych ścieżek?
Nie wiadomo jak zakręcać będzie moja droga. Wiadomo tylko, że dokądkolwiek nie prowadzi, wydaje się być niezmiernie długa...

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Przepis na wymarzone wakacje

Jak definiuję wymarzone wakacje? W kilku słowach: daleko od domu (najlepiej w innym kraju), ładna pogoda, możliwosć spania do oporu i nie przejmowania się kompletnie niczym.
Od dawna o takich właśnie wakacjach marzyłam. Jako, że do tej pory swoje wakacje spędzałam w pracy, a urlopu brałam tylko, jak potrzebowałam coś załatwić, albo nie wyrabiałam z nauką, nie do końca mogłam się nimi cieszyć. Po cichu marzyłam sobie, że uda mi się zakupić jakieś tanie bilety autobusowe na zagraniczną wycieczkę i zabrać chłopaka chociaż na weekend gdzieś daleko, jednak los uśmiechnął się do mnie dużo szerzej niż mogłam sobie wyobrazić.

Wszystko zaczęło się od tego, że nie zamówiłam na czas zakupów z dostawą do domu (nie lubie dźwigania tych wszystkich siat i siateczek, szczególnie na dalekie dystanse). A że lodówka świeciła pustkami, postanowiłam uzupełnic swoje zapasy w pobliskim markecie sieci Biedronka. Nie miałam jednak przy sobie gotówki, a bankomat była zepsuty, więc już, już zabierałam się do powrotu do domu, gdy zauważyłam, że akurat od tamtego dnia, uruchomiono w tym właśnie sklepie możliwość płatności kartą. Wśród wielu produktów spożywczych, którymi zamierzałam napełnić najpierw lodówkę, a nieco później swój zołądek, znalazła się ryba, a najej etykiecie informacja o możliwości wygrania czteroosobowej wycieczki do Grecji w zamian za przesłanie przepisu wykorzystującego zakupiona właśnie rybę wraz ze zdjęciem potrawy. Pomyslałam : "co mi szkodzi - gotować lubię, a może... kto wie".
I tutaj informacja dla tych, którzy twierdzą, że w takich konkursach nie da się nic wygrać, a jesli nawet ktoś wygra, to tylko po znajomości- da się. Sprawdziłam. Do dziś można znaleźć mój przepis wśród innych zwycięskich na stronie http://www.zasmakujrybswiata.pl/.

Nie lubię się chwalić, a szczególnie kiedy nie mam pewności, że wszystko jest zaklepane. Teraz jednak jestem juz po urlopie i cudownym tygodniu spędzonym w Grecji wraz ze swoim ukochanym. Było naprawdę jak w bajce - słonecznie i gorąco, luksusowy hotel zaraz przy plaży pokrytej parzącym w stopy piaskiem i kolorowymi otoczakami, ciepłe, słone morze, nieograniczona ilośc jedzenia, ogromne łóżko, pokój z klimatyzacją, palmy, baseny i ... pierwszy w życiu lot samolotem. Faliraki, bo tam mieliśmy przyjemność rezydować, to miejscowość żyjąca głównie nocą. Nic dziwnego zresztą, bo nawet w nocy panujące temperatury przekraczały 30 stopni Celsjusza, a liczba turystów (głównie Rosjanie, Polacy i Niemcy) wielokrotnie przekraczała liczbę tubylców. Hotele, sklepy, kluby nocne, tawerny, a pośród tego wszystkiego niezliczoa ilość wszelkiej maści kotów plączących się pod nogami, wylegujących się na murkach, skaczących po sklepowych półkach i siedzących pod krzesłami w tawernach oczekując na to, co spadnie ze stołu.
Plan na wakacje był taki: wyspać się, najeść, nie mysleć o niczym i wreszcie się opalić. Jedynie ostatni punkt okazał się nieco problematyczny pomimo bezchmurnego nieba i palącego słońca. Opalanie to dla mnie sport ekstremalny - naprawde podziwiam te kobiety leżące na przyhotelowych leżaczkach plackiem od rana do wieczora z przerwami na posiłki. Mnie się udało raz. Rano, przed śniadaniem, kiedy jeszcze słońce nie jest tak mocne. Wytrzymałam godzinę i to tylko dlatego, że tak sobie postanowiłam. Cała reszta mojej opalenizny powstała "mimochodem" przy okazji kapieli w morzu lub basenie, tudzież spacerów po plaży. A niestety nie ma jej i tak zbyt wiele - pomna na wszelkie nauki, grzecznie smarowałam się kremami z filtrem przed każdym wyjściem z hotelu. Zalety - nie zostałam spalona przez słońce, uniknełam bolesnych poparzeń i schodzacej skóry (w przeciwieństwie do Lubego, który uznał, że jego słońce NA PEWNO nie spali). Wady - opaliłam się jedynie na ciemny biały. Widać różnicę jeżeli ktos ma porównanie bladego kawałka skóry, który ukryty był pod kostiumem kapielowym oraz tej reszty, która nie była zasłonięta. Ale to wciąż opalenizna, którą nazywa się brakiem opalenizny.

Drugi tydzień urlopu spędziłam przed komputerem odświeżając sobie stare gry jak Heroes III i Stronghold Crusader (jedyne, w które trochę umiem grać). Po urlopie za to dwa tygodnie odkopywałasię z zaległości w pracy (parę rzeczy wciąż jeszcze czeka na rozwiązanie) i nie miałam sił aby zabrać się do życia.
Zaczyna się jednak kolejny tydzień, a energii mam już więcej, a przy tym potwierdziło się moje przekonanie, że marzenia się spełniają. A skoro mogło się spełnić to, o wymarzonych wakacjach, to dlaczego by nie spróbować spełnić tych pozostałych?

poniedziałek, 21 lipca 2014

Wyznania nałogowca

Nadmiar myślenia sprzyja nałogom. Tak przynajmniej mi się wydaje, kiedy o tym myślę. Ja sama uważam się za osobę podatną na popadanie w różnego rodzaju nałogi, chociaż być może nikt nigdy nie zakwalifikowałby mnie, jako naprawdę uzależnioną (nie wiem czy chcę diagnozy, czasem chyba lepiej nie wiedzieć). Miewam w swoim życiu powracające epizody nieco kompulsywnego podejścia do niektórych spraw i czynności. Wszystko to jednak zawsze miało i ma źródło w tym samym miejscu - konkretnie tam gdzie stres i wszystkie moje negatywne myśli (przede wszystkim te na mój własny temat). Podczas gdy uzależnienie definiujemy jako "nabytą silną potrzebę wykonywania jakiejś czynności lub zażywania jakiejś substancji", nałóg sięga już nieco głębiej : "Nałóg – zakorzeniona dysfunkcja sprawności woli przejawiająca się w chronicznym podejmowaniu szkodliwych dla organizmu decyzji, które są sprzeczne z przesłankami rozeznania intelektualnego." Można powiedzieć, że miałam w życiu wiele okresów uzależnień (zresztą mam nadal), które nałogami można by nazwać głównie ze względu na problemy z logicznym myśleniem podczas działania – niemal zawsze wiem, co powinnam zrobić w danym momencie, aby było to dobre i słuszne. Często jednak robię zupełnie inaczej pomimo tego, że zdaję sobie sprawę z możliwych konsekwencji.

Pierwszym moim uzależnieniem (takim, do którego można się przyznać) były gry przeglądarkowe. Wiadomo – nie potrzeba do nich zbyt mocnego komputera ani szczególnych umiejętności, a nawet pieniędzy, jeżeli tylko nie traktuje się ich zbyt serio. Pierwsza gra, w którą grałam, pomogła mi nieco między innymi zniszczyć mój pierwszy związek (w końcu gra wymaga czasu, a przy okazji możliwość flirtu na czacie podczas gry bywa zgubna), a także dać wyraz mojej bezbrzeżnej naiwności, która objawiła się pożyczeniem naprawdę grubej sumy pieniędzy człowiekowi, którego znałam tylko wirtualnie. Sama do dziś się dziwię, że zrobiłam coś takiego, ale absolutnie nie żałuję. I to nie tylko dlatego, że uważam to za niezłą przygodę – pieniądze w całości odzyskałam, a w dodatku miałam kogo prosić o pomoc w czasie kiedy ja sama zostałam dotknięta finansowym kryzysem. Kolegi z gry do dziś nie spotkałam na żywo, a mogliśmy uratować siebie nawzajem.
Druga gra stała się prawdziwym nałogiem na dłuższy czas – potrafiłam spędzać nad nią nawet do dwudziestu godzin na dobę. Pierwszym, co robiłam, gdy wstałam rano, było włączenie komputera. Ostatnia rzecz przed pójściem spać – zapuszczenie wszystkich możliwych produkcji w kopalniach i mieście. Nie chodziłam na uczelnię, a po pewnym czasie nawet do pracy, pomimo tego, że pracowałam jedynie w weekendy. Jednak nie była to wina gry – kiedy nie grałam, leżałam płacząc i gapiąc się w sufit, bo było to krótko po rozstaniu z chłopakiem (trzy i pół roku związku jednak zmienia człowieka). Granie w tę grę zaowocowało nie tylko spontaniczną wycieczką nad morze, kolejnymi pożyczonymi pieniędzmi (suma dużo mniejsza, aczkolwiek do dziś nieodzyskana – kiepski ze mnie egzekutor, bo za miękkie mam serduszko), ale i znalezieniem miłości, o czym zapewne już gdzieś kiedyś pisałam, ale bardzo lubię to wspominać. Taka już jestem sentymentalna… Nadal od czasu do czasu gram. Ale z braku czasu i ochoty jest to naprawdę bardzo rzadkie. Właściwie bardziej sentyment niż ochota (czy mówiłam już, że jestem sentymentalna?).

Kolejną rzeczą, od której czuję się uzależniona, są papierosy. Pomimo tego, że nie palę codziennie, a czasem nie sięgam po papierosa długimi tygodniami i miesiącami, chęć zapalenia bywa niezmiernie męcząca. Były czasy, gdy paliłam codziennie, jednak nigdy dużo – nie zdarzyło mi się osiągnąć nawet pół paczki dziennie. Zresztą trwało to maksymalnie kilka miesięcy. A jednak, kiedy dostałam swoje pierwsze w życiu i jak do tej pory jedyne zwolnienie lekarskie (ot, takie tam małe załamanie nerwowe), tylko papierosem byłam w stanie uciszyć nieco natrętne myśli. Przepisane przez lekarza leki uspokajające albo były za słabe nawet w wielokrotnie większej dawce, albo po prostu nie mogły na mnie zadziałać. Tak czy siak, palić wciąż lubię i ciężko jest mi odmówić, gdy się mnie częstuje, pomimo tego, że uważam palenie za absolutnie złe i niefajne. Ale kto by myślał logicznie, kiedy to takie przyjemne…?

Stanowczo najbardziej wrednym uzależnieniem są słodycze, a raczej bardzo szeroko pojęty cukier. Pomimo tego, że udało mi się prze naprawdę długi czas nie jeść nie tylko słodyczy, ale i chleba, a nawet owoców i dużej części warzyw (względy zdrowotne, nie ma co wchodzić w szczegóły), nadal nie uwolniłam się od czekoladek i ciasteczek. Z wyrzutami sumienia pochłaniam czasem jedno za drugim, bo leżą przede mną i płaczą, chociaż wiem, że absolutnie nie powinnam (pomijając już nawet wpływ tych pyszności na figurę, ale wiem, że nie powinnam, również z innych względów). Sama raczej nie kupuję rzeczy, których nie powinnam jeść. Jednak kiedy ktoś częstuje, rzadko udaje mi się powiedzieć „nie”. Dlatego czasami nie lubię swojej pracy – tam ciągle ktoś ma urodziny.

Zdarza mi się w życiu uciekać na wiele sposobów. Uciekam od siebie samej, od tego co we mnie brzydkie, złe i negatywne, albo co wmówię sobie, że takie jest. Niestety często ucieczka ta jest w jakiś sposób destrukcyjna. Dodatkowo zazwyczaj gdy przerywam na jakiś czas coś, czego postanowiłam nie robić, znajduję sobie w tym czasie coś nowego do uzależnienia. Jakoś tak już ta moja zepsuta główka działa.

Jednak mimo wszystko lipiec jest jak do tej pory naprawdę dobrym miesiącem – prawdziwy miesiąc odpoczynku. Przerwa od studiów i od nauki (chociaż oczywiście plany miałam ambitne!), całkiem pozytywnie spędzany czas w pracy (pomimo tego, że nie narzekam na brak obowiązków). Przeczytałam bardzo dobrą książkę, którą polecam każdemu, mianowicie "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" szwedzkiego autora Jonasa Jonassona, z której zapożyczyłam sobie motto życiowe głównego bohatera, aby wcielić je we własne życie ("jest jak jest, a będzie co będzie"). Wróciłam do codziennego gotowania i eksperymentowania w kuchni, co zaowocowało świetnymi perspektywami urlopowymi (ale to już materiał na kolejny wpis i na kolejny rozdział w życiu, naprawdę), a w dodatku znalazłam sobie kolejny sposób na ucieczkę przed stresem – kiedy nie mogę znieść już swoich myśli i czuję, że napełnia mnie strach, po prostu ruszam do ćwiczeń fizycznych, aż pot leje się ze mnie strumieniami. Wciąż daleko mi do wysportowanej sylwetki, a nawet do „niezłej” formy fizycznej, ale to, jak pomaga mi to na głowę, jest nieocenione. Kiedyś zresztą ten sam sposób poleciła mi pani psycholog, jednak dopiero teraz dojrzałam do tego rozwiązania (jakkolwiek komicznie to nie brzmi). Pomimo tego, że absolutnie nie jest w moim życiu „idealnie” (bo przecież wciąż sięgam po słodycze, nie odmawiam papierosa i robię mnóstwo innych rzeczy, o których już nie wypada pisać), to w głowie mam pozytywnie. W dodatku już tylko kilka dni dzieli mnie od upragnionego urlopu, który minie zapewne szybciej niż można by się spodziewać, ale którym zamierzam delektować się z całych sił, bo uważam, że mimo wszystko na niego zasłużyłam.


środa, 18 czerwca 2014

Czerwcowy update życiowy

Podobno nie istnieje coś takiego jak sprawiedliwość. W każdym razie nie taka, jaką sobie czasami wyobrażamy. Z drugiej strony słyszy się powtarzane na około stwierdzenie, że "karma wraca", wiemy, że każda przyczyna ma swój skutek (i na odwrót), co poniektórzy uważają, że dostaje się od świata to, co mu się dało itp. Sprawiedliwość dla niektórych wygląda tak, że wszyscy mają po równo niezależnie od tego co w tym kierunku robią. Jak się nad tym zastanowić, od razu widać jak bardzo pozbawiona logiki jest próba oddzielenia nierozerwalnych przecież przyczyn i skutków. Ale nie chcę wchodzić w ten temat, bo wygląda bardzo politycznie, a ostatnio wychodzi mi to każdą możliwą stroną, jako że zmęczona życiem się czuję, a to bądź co bądź kolejna rzecz do przejmowania się.
Moje życie momentami zbyt bardzo przypomina huśtawkę. Tę składającą się z poziomej belki podpartej centralnie w celu wyważenia, a na której huśtanie się ma sens tylko, gdy po obu stronach ktoś siedzi (swoją drogą w języku niemieckim istnieje osobne słowo na tego rodzaju huśtawkę- nie musiałabym tyle pisać pisząc po niemiecku, kolejny powód aby kochać ten język). Nie wiem tylko do końca kto siedzi po drugiej stronie. Bo chyba nie jest to stale jedna osoba. Ostatnio chyba nie ma nikogo, albo jest to jakiś lekkoduch i - za przeproszeniem - lekkodup, albo mnie się mentalnie przytyło, bo moje próby wzlotu kończą się szuraniem zadem po piachu. Mówiąc w skrócie - standardowy dół, żal i podagra. Stanowczo bardzo brakuje mi witamin, a szczególnie witaminy "s", tej, co jest pierwszą literką od "szczęścia", a którą produkuje się w głowie samemu lub z innych pomocą, co jest chyba największym problemem jeśli chodzi o walczenie z niedoborami. Nie to, żeby działo się coś złego. Ja po prostu mam problem ze zmuszeniem się do pomyślenia inaczej i zaprzestania samosabotażu. Bezsensowny marazm pomimo tego, że wszystko jest we względnym porządku. Trochę mi to pokazuje jak w mojej głowie wyglądają priorytety dla niektórych spraw - to, co ważniejsze, smuci bardzo gdy się nie udaje, nawet gdy reszta idzie super. Wiele się człowiek może nauczyć po prostu siebie obserwując. Niestety miewam ten problem, że nie umiem się wczuć w swoją własną skórę i za bardzo sobą pomiatam w ramach eksperymentów.
Nie po to jednak zaczynałam o sprawiedliwości żeby tylko malkontencić. Życie na swój sposób jest sprawiedliwe i spokojnie można wierzyć w to, że istnieje coś takiego jak harmonia wszechświata (jak się chce, to można uwierzyć we wszystko), bo zawsze mamy coś za coś, a coś nie dzieje się z niczego.

 Olewam ostatnio prawie każdą rzecz, która jest dla mnie ważna, a w każdym razie chciałabym aby była, a mi nie wychodzi. Nie trzymam się ściśle diety (a długi czas mi się udawało, niestety niektóre uzależnienia dają o sobie znać), niemal w ogóle się nie uczę (bolesne, biorąc pod uwagę fakt, że to czas sesji), nie kontroluję swoich wydatków (właściwie już jestem spłukana, a to połowa miesiąca) i wiele, wielu innych. Za to od osiemnastu dni oficjalnie piastuję już nowe stanowisko, a dokładnie za tydzień ma rozpocząć się czas, kiedy będę działać w swojej działce całkowicie samodzielnie, czyli cała odpowiedzialność spadnie mi na głowę, a wsparcie i ewentualne krycie tyłów odejdzie w zapomnienie (w każdym razie w takim stopniu w jakim mam je teraz, bo nie sądzę, żebym rzeczywiście pozostawiona została bez wsparcia w swoim nowym teamie). Kombinowałam z tą swoją pracą i kombinowałam biorąc pod uwagę dwie opcje - albo znajdę coś związanego bardziej z dziedziną moich studiów, niekoniecznie za większe pieniądze, albo zostanę w księgowości, ale wtedy duża podwyżka byłaby koniecznością, bo nie jest to działka, w której aktualnie chcę siedzieć. Skończyło się tak, że wylądowałam w dziale zakupowym odrzucając propozycję bardzo dobrze (jak na ten etap) płatnej posadki w księgowości. Czyli jak zwykle z dwóch możliwych opcji wybrałam tę trzecią. Póki co nie powiem, że żałuję lub nie. Właściwie chyba nigdy nie powiem. Wszystko co podoba mi się w mojej pracy jest jednocześnie tym, co mnie w niej przeraża i czego nie lubię - samodzielne stanowisko i związana z tym duża odpowiedzialność, duży zakres obowiązków, ciągła nauka, konieczność bardzo dobrej organizacji oraz wykazywania się opanowaniem i cierpliwością w wielu sprawach. Jednym słowem - niezła szkoła. Może to właśnie dlatego tak bardzo brak mi sił na wszystko inne...
Ale ma to wszystko swoje dobre strony. Nie potrafię się zmusić do wysiłku umysłowego poza godzinami pracy, przez co nieco bardziej wyżywam się w innych dziedzinach. Kontynuuję swoją naukę szycia na maszynie (pierwsza uszyta spódnica miała już swój debiut sceniczny na ostatnim występie tanecznym), pierwszy raz w tym roku wybrałam się na konną przejażdżkę (opłacając to zdartą skórą na palcach rąk, siniakami na łydkach i zakwasami w dziwnych miejscach), namalowałam kilka obrazków i jestem w trakcie dokańczania dwóch małych artystyczno-twórczych projekcików, które rozpoczęłam już bardzo, bardzo dawno temu (czas liczony w latach), a zarzuciłam tak po prostu, jak to mam w zwyczaju. Odkrywam również ostatnio wady i zalety życia obok siebie. Może to choroba psychiczna, a może tylko reakcja obronna - swoją drogą może się jedno z drugim pokrywać-  w każdym razie chwilami mam problem z tym, aby utożsamiać się sama ze sobą. Ciężko to wyjaśnić, ponieważ napisanie, że "mam wszystko gdzieś" kompletnie nie oddaje obrazu sytuacji. Otóż nadal przejmuję się wieloma rzeczami. Nadal odczuwam emocje, nadal się angażuję. Nie umiem jednak przejąć się tym, że się przejmuję, naprawdę odczuć tego, że czuję i zaangażować się w swoje zaangażowanie. Zupełnie jakby to ktoś wewnątrz mnie był mną, a ja tylko go obserwuję. Moje ciało jest moje, ale jakby nie do końca. Moje życie i myśli również. Co ciekawe, najbardziej spójnie czuję się w tych momentach, kiedy jestem najbardziej radosna. Może to klucz do wszystkiego? Tak czy siak, może być to nieco problematyczne. Zatracam poczucie czasu i mam wrażenie, że rzeczy, które wydarzyły się kilka godzin wcześniej, miały miejsce wiele dni temu. Mówiąc w skrócie - to rodzaj bardziej dystansu czasowego niż przestrzennego. Przeżywam wszystko co dzieje się teraz tak, jakby były to wspomnienia. Czuję łzy na twarzy, która jest moja, ale nie tu i teraz. To moja twarz w innym wymiarze...
Może ja już kompletnie zwariowałam... Jednak te ostatnie dni (tygodnie?) wniosły wiele do mojego życia. Przede wszystkim głębokiego zrozumienia tej, wydawałoby się, że oczywistej prawdy, że każda sytuacja ma pozytywne i negatywne aspekty. To jest coś, co się wie, a jednak niezwykle rzadko można poczuć, że się to rozumie.

Mam w głowie swój własny świat, mam też wyimaginowanych przyjaciół z którymi rozmawiam gdy mi źle. I mówię całkiem serio. Jednak jeżeli zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko jest wymyślone (oni też o tym wiedzą) to czy to bardzo źle?
Piszę tak bardzo nieskładnie, że chyba nie da się mnie zrozumieć. Chociaż to akurat niewiele zmienia, bo ja wiem, że nikogo tak naprawdę zrozumieć się nie da, a przecież nie piszę dla nikogo innego prócz siebie. Jeżeli ktoś przeczyta - chwała mu za to. Jeżeli w jakiś sposób zinterpretuje i na swój sposób zrozumie - byle tylko z pozytywnym skutkiem dla niego samego.
A już za dziesięć dni kolejna rocznica mojego przyjścia na świat - dzień jak co dzień, a jednak bierze mnie na podsumowania tejże mojej egzystencji, która w zależności od perspektywy wydawać się może pasmem nieustannych sukcesów, albo jedną wielką porażką... Ale każdy wpis musi mieć swój koniec, a koniec tego wypada właśnie kilka słów dalej, chociaż po prawdzie nie wiem jak skończyć, bo brak mi puenty, dlatego stawiam wielką kropkę:

niedziela, 9 marca 2014

Wiosenne powiewy

Długo nie było czasu żeby zebrać myśli i przelać je na klawiaturę. A nadchodzi wiosna. A skoro wiosna to i zmiany (to czy na lepsze okaże się zapewne po czasie).
Sesja niezależnie od wyniku ostatniego poprawkowego egzaminu - zamknięta. Dzień przed pisaniem nerwy trzymały mnie mocno, tak mocno jak dawno tego nie robiły, bo to jak zwykle wszystko na raz. Ale opisać spróbuję po kolei.
Otóż na poprawkę uczyłam się. I to dość solidnie jak na mnie, choć jak zwykle na ostatnią chwilę, co już bardzo dla mnie typowe. Niezależnie od tego czy zdałam ten egzamin, czy też nie - nauczyłam się czegoś. W dodatku dzięki temu, że zaczęłam kolejny semestr wcześniej niż naukę do egzaminu, wiem, które z tych informacji okażą się najbardziej przydatne na przedmiotach, których aktualnie się uczę.
Owszem - mogłam ściągać i mieć to już z głowy, a potem uczyć się na spokojnie nowych rzeczy. Może mogłam uczyć się też systematycznie cały semestr. Ale nie zrobiłam ani jednego, ani drugiego.
Ściąganiu jestem całkowicie przeciwna. Chyba, że chodzi o przedmioty - "zapychacze", które wiem, że zbytnio mi się nie przydadzą. Ale nawet wtedy raczej nie ściągam, bo po prostu nie umiem. Dużo łatwiej jest się czegoś tam jednak nauczyć. Systematyczna nauka to kolejny problem, którego jeszcze nie umiem rozwiązać. Z roku na rok robię coraz większe postępy, ale i tak nieustannie zmagam się z wiecznym brakiem czasu na wszystko co chciałabym zrobić. Stąd też często przychodzi dokonywać mi wyborów z gatunku "którego przedmiotu lepiej nie zdać", czy "jak nadać priorytety sprawom do zrobienia, skoro wszystkie są ważne" i inne temu zbliżone.
Ale skoro wiosna, skoro czas zmian, to nie tylko nowy semestr (ledwo się zaczął, a już nie wyrabiam, o losie!). Pozmieniał mi się taneczny grafik: zrezygnowałam z prób zespołu na rzecz chodzenia na zajęcia do
Tír na nÓg (tak nawiasem przy okazji zrobię im reklamę http://www.tnn.art.pl/ - zapraszam) i jakoś tak radości więcej, a frustracji mniej, bo czuję, że w moim przypadku ma to większy sens. Staram się w miarę możliwości nadrabiać naukę niemieckiego - np. korzystam z wolnego czasu w pracy tworząc fiszki, a przeglądam je jadąc tramwajem - chociaż wciąż jeśli chodzi o wyrabianie planu przygotowawczego pod certyfikat, to jestem za przeproszeniem w "czarnej De".
Jednak nie po to się rozwijam i jestem innym człowiekiem, żeby się załamywać. Zaakceptowałam już fakt, że niektóre rzeczy w życiu przychodzą powoli. Powoli dojrzewam, powoli nabieram świadomości, powoli się uczę (nie dlatego żebym miała z tym jakieś specjalne trudności, to raczej mój tryb życia i tzw sposób bycia). Powoli również uczę się czerpać radość z robienia małych postępów i bycia coraz lepszą od siebie samej. Patrząc wstecz widzę ogromną różnicę. I to się liczy. Z jednej strony jestem osobą bardzo niecierpliwą i nerwową - ciężko mi czekać na cokolwiek. Z drugiej strony, potrafię konsekwentnie dążyć do celu, który sobie obiorę, nawet jeśli po drodze kilka razy z różnych względów go zarzucę. Umiem też weryfikować swoje cele kiedy widzę, że coś jednak nie jest dla mnie, a na początku wydawało się, że było. I przyznam nieskromnie, że za to się właśnie lubię.
Jakby tych zmian i stresów było mało, zachciało mi się jeszcze zmienić pracę. Póki co jestem na etapie "rozglądam się i wysłałam CV w jedno miejsce", ale to wszystko we mnie dojrzewa i nabiera kolorów, bo z dnia na dzień coraz bardziej myślę, że to dobry pomysł. Tylko proszę nie zrozumieć mnie źle - nie jest mi jakoś szczególnie okropnie. Uwielbiam swój team, a nasza teamleaderka to jedna z najbardziej wartych szacunku osób jakie znam, jeżeli chodzi o ludzi zajmujących podobne stanowiska. Doświadczenie jakie nabyłam w pracy również uważam za bardzo cenne - wyciągnęłam z tych jedenastu miesięcy wiele, nawet jeśli tego po mnie nie widać. Ale mimo wszystko - to nie jest praca dla mnie. Nie jest to coś co rzeczywiście chcę robić. W tej chwili na dodatek stanęłam w miejscu i zaczyna pojawiać się frustracja - nie lubię uczucia, że coś co robię kompletnie nie ma sensu. Co lepsze - znalazłam coś, co chciałabym robić. Oczywiście również nie na wieczność (bo przecież mnie się programowanie marzy, a oprócz tego własny sklep z poduszkami, ale ćśś...), ale na tym etapie - czuję i wiem, że to jest to. Czy się powiedzie? Wszystko się okaże.
Podsumowując - jest jak jest, czyli raz lepiej, a raz gorzej, ale powiedzenie "życie jest jak x + sin x" wciąż działa i wciąż się sprawdza. Z nadejściem słońca i szeroko pojętej wiosny (w tym także mentalnej) obudziła się we mnie chęć powiększania swojej świadomości. Ale to już materiał na kolejny wpis, bo nikt nie lubi jak jest przydługawo. A na koniec wiosenno-kwietna sesyjka, żeby nie było tak całkiem poważnie:



piątek, 31 stycznia 2014

Zimowe kryzysy

Zima jest zła. Nie lubię zimy. Zimę mogłabym przespać i wcale nie tęskniłabym za śniegiem.
Kończący się właśnie styczeń mogę podsumować jednym słowem - tragedia. Tragedią jest to, co dzieje się ostatnio w mojej głowie i w moim życiu (chociaż przyznaję, że nie we wszystkich jego aspektach). W każdym razie wygląda to tak, jakby wszystko co dobre zapadło w zimowy sen i zapomniało o mnie, a wszystkie moje demony z przeszłości budzą się i atakują na nowo. Ostatnich kilka dni to prawdziwe apogeum ich ataków. Zastanawiam się tylko, czy po tym nastąpi wzlot, czy coś jeszcze gorszego, bo ciężko stwierdzić kiedy naprawdę osiąga się dno.
Swoje postępy w nauce oraz w trzymaniu się postanowień wszelkiego rodzaju (w tym dietetycznych) opisać da się tylko w jeden sposób - kompletny regres, a jak nie regres to zastój, w każdym razie "jest ch*jowo", że tak sobie brzydko pozwolę.
Ostatnio w ogóle czuję się i wyglądam jak zombie (zapytanie koleżanki z pracy mnie urzekło: "źle się czujesz, czy tylko źle wyglądasz?"). Wory pod oczami, same oczy zresztą pieką niemiłosiernie (nie służy mi praca przy komputerze, oj nie), kręgosłup wysiada, w mięśniach skurcze, a ciężko powiedzieć skąd to wszystko się bierze... Moje życie nie zmieniło się aż tak bardzo. Nawet więcej śpię. A czuję się jak bym nie spała w ogóle. Ach.... ta zima...

Jutro początek i koniec sesji. Tej "pierwszoterminowej". Bo bez drugiego terminu zapewne się nie obędzie. Ćwiczenia pozaliczane (najzabawniejsze jest to, że moją najniższą oceną jest ta z angielskiego) i pozostały "tylko" dwa egzaminy. Tylko i aż. Tak, tak. Ja wiem, że to moja wina, że nie uczę się systematycznie. Że przesypiam wykłady. Że nie poświęcam wystarczająco wiele czasu na naukę. Ale stało się jak się stało i zaczęłam naukę dopiero dzisiaj. Nie wiem czy zdążę chociaż przeczytać materiały z obu przedmiotów nie mówiąc już o zapamiętaniu czegokolwiek, no ale... Nie zdanie egzaminów to jeszcze nie koniec świata. Chyba. Bo mnie za przeproszeniem tak wszystko denerwuje (dosłownie wszystko), że przez wszystkie myśli przebija się ta o strzeleniu sobie w łeb (na szczęście nie bardzo mam odpowiednie narzędzie).

Ale mimo tego, że średnio co pięć minut mam ochotę wybuchnąć płaczem, albo kogoś zabić, powtarzam sobie (chociaż momentami to niewiele pomaga), że to przejściowe, że będzie dobrze, że to przecież tylko spełniają się marzenia. I czekam. Do wiosny. Chociażby takiej "mentalnej". Bo zapewne się okaże, że to wszystko minie szybciej niż się wydawało. Że będzie dużo lepiej niż człowiek oczekiwał. I że nagle wszystko znowu stanie się proste, będzie chciało się żyć i w dodatku będzie się miało na to siłę i chęci.
Także tak.

wtorek, 14 stycznia 2014

Siła koncentracji

Wracam do domu po pracy i zajęciach z tańca ze świadomością, że to jeszcze nie koniec dnia - na początek trzeba coś zjeść, po krótkim odpoczynku czeka na mnie mnóstwo nauki. W końcu studia to nie przelewki, a i języków poasowałoby tknąć skoro chcę coś w tym względzie osiągnąć. Jedyne na co mam ochotę po zjedzeniu tak zwanej kolacji, to tak naprawdę pójść spać. Wiem jednak, że wtedy będę źle czuła się z powodu tego, że nawet nie otworzyłam książek. A więc otwieram. Włączam komputer. I zaczynam błądzić po internetowych stronach. Włączam grę dla chwili odmóżdżenia... Wiem, że granie i szeroko pojęte 'siedzenie na komputerze' wcale nie relaksuje i nie sprawia, że odpoczywam. Ale ma jedną zaletę - nie wymaga koncentracji.
Niejeden można znaleźć w sieci artykuł o tym, jak zwiększyć swoją produktywnosć, łatwiej osiągać celce itd, itp. Jednym z kluczowych założeń w takich przypadkach jest, że zbyt wiele czasu po prostu się marnuje. Z jednej strony jest to prawda- na swoim przykładzie widzę, że nic nie robie, a przecież się męczę (chociażby przez to, że zbyt mało śpię). Z drugiej strony według mnie niemożliwa jest całodzienna koncentracja tylko na zadaniach, które "musimy" (chcemy dla osiągnięcia danego celu) wykonać. Po prostu jest niemożliwe, aby po ośmiu godzinach pracy, dwóch godzinach tańca i np. godzinie zajęć angielskiego ze świeżym umysłem otworzyc ksiązkę do algebry i ćwiczyć rozwiązywanie równań Cramera. Nie chodzi o to, że chcę usprawiedliwiać swoje nicnierobienie - wiem jak wiele błędów popełniam w tym temacie i jak wiele jeszcze mi brakuje.
Koncentracja ma wielką moc. Kiedy pracujemy całkowicie skoncentrowani na danym zadaniu nie wykonując w tym czasie żadnych pobocznych czynnności, nabywane w tym czasie umiejętności wchodzą do głowy lepiej i dłużej w niej pozostają. Nauczenie się pewnych rzeczy podczas pełnej koncentracji zajmuje nam o wiele mniej czasu niż kiedy się rozpraszamy. W dodatku kiedy koncentracji brak, często w ogóle nie udaje się danego zadnia zacząć (a zacząć zazwyczaj jest najtrudniej, chociaż i potem rozproszyć się całkiem łatwo).

Sa aplikacje pomagające zminimalizować marnowanie czasu poprzez ograniczenie czasu dostępu do stron, na których najwięcej godzin tracimy, czy chociażby samą kontrolę tego, na jakiej stronie ile danego dnia siedzieliśmy.
Ważne jest też aby zdać sobie sprawę z tego, co jest dla nas najważniejsze. Kiedy jesteśmy zmotywowani do osiągnięcia danego celu, duzo łatwiej jest nam skupic się na zadaniu, które ma nas do niego doprowadzić. Jak to mówią mówcy motywacyjni "nie marnuj czasu, tylko realizuj marzenia!".

Niestety - łatwiej powiedzieć niż zrobić. I nie chodzi tu wcale o brak motywacji, nie ustalone cele , brak jasnej hierarchii wartości i zdania sobie sprawy ze swoich priorytetów. Chodzi o zwykłe ludzkie możliwości, rzeczy, które czasem cięzko jest przeskoczyć. Wiem sama, jak wiele przyjemności sprawia mi nauka i praca, kiedy jestem wypoczęta i mogę skupić swoją uwagę na tym co robię. Potrafię wtedy godzinami obliczać zadania z matematyki, albo szukać błędów w programie. Problem zaczyna się kiedy czas ucieka, całe ciało woła "spać", a w mózgu zacyznają pojawiać się specyficzne myslowe przestoje. Wtedy następuje typowe "chciałbym, ale nie mogę". To jest właśnie tryb, w którym włącza się największe marnowanie czasu. Okay, czasem udaje się do czegoś zmusić. Ale ile tak naprawdę warta jest ta praca wykonana na trybie "ssania na resztkach paliwa" w porównianiu z tą, kiedy radośnie pracujesz na najwyższych obrotach?

Zarówno tą jak i niemal każdą swoją wypowiedź i myśl mogłabym podsumować krótkim "wszystko jest względne". Śmiem twierdzić, że to moje życiowe motto. Marnowanie czasu marnowaniu czasu nierówne, tak jak i za każdym razem warunki są nieco inne. To na czym jednak ostatnio się skupiam to nie tyle próba osiągnięcia celów, realizacji planów itp., co nauczenie się nie żałować. Nie przejmować tym, że coś nie wyszło. Że znów okazało się, że brakło mi siły, czasu, chęci, generalnie coś poszło nie tak. Staram się nie zastanawiać o tym, czy wybrałam dobrze, czy źle, ale żyć tu i teraz nie rozpamiętując nadmiernie przeszłości.
Cierpię ostatnio na "dziury w mózgu" przez co zapominam o wielu rzeczach. Jestem chwilami jak staruszka z demencją - zostawiam na noc zapalony palnik na kuchence, o mięsie włożonym do piekarnika przypominam sobie po dwóch godzinach i zapominam kroków tańca, który jeszcze chwilę temu tańczyłam praktycznie bezbłędnie. Wiem, że to zmęczenie. Ale póki co staram się nie panikować. Bo panika do tej pory jeszcze nic dobrego w moje życie nie wniosła.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Róża od Wrzechświata

 Wczoraj tuptając sobie spokojnie w kierunku przystanku tramwajowego (gdyż wybierałam się na zajęcia na swojej uczelni) zauważyłam leżącą na żywopłocie porzuconą żółtą różę. Nie namyslając się wiele wzięłam ją ze sobą, chociaż zastanawiałam się co z nią zrobie w ciągu dnia. Róża spędziła ze mną wszystkie zajęcia i poszłyśmy razem na przedświąteczne spotkanie z moim przyjacielem (wiecie - dużo picia soku, wspominanie dawnych dziejów, mnóstwo śmiechu i wspólne kupowanie piżamy, a to wszystko zakończone złożeniem sobie nawzajem świątecznych życzeń w rodzaju "Wesołych  Świąt"). Kiedy wróciłam z różą do domu, była juz bardzo zwiędnięta i przemrożona. Jeżeli nie uda się jej odżyć, z pewnością tylko ususze jej płatki na pamiątkę.

Uznałam, że Wrzechświat musi bardzo mnie lubić skoro daje mi kwiaty (tak, wiem - ktoś go po prostu tam zostawił, ale mogę sobie to zinterpretować jak chcę, prawda?). Cięzko mi natomiast powiedzieć co w tym momencie nazywam Wrzechświatem. Jest to coś w pewnym sensie osobowego, dlatego piszę z dużej litery. Nie chodzi mi jednak tak po prostu o kosmos i wszystko co nam się z nim kojarzy, ale o oddziaływanie. Nie do końca wiem jak to nazwać. Może energią, może Bogiem, może jeszcze inaczej - to po prostu coś, co działa. Czego wpływ odczuć można każdego dnia. To jest to, czemu dziękuję kiedy znowu uśmiecham się do siebie i do losu, bo zobaczyłam jak moje pragnienia i marzenia sie spełniają.
W internecie przeczytać i usłyszeć można o czymś zwanym "Prawem Przyciagania". Wierzę, że to działa. Wierze, że mamy wpływ na otaczający nas świat i możemy kreować swoje ścieżki, chociaz nie mam pojęcia w jaki sposób to funkcjonuje. Często zastanawiam się, czy tak naprawdę żyjemy w czasie i mamy wpływ na przyszłość, mamy prawdziwą przeszłość, czy to tylko iluzja i nasze życie zapisane jest gdzieś w bezczasowej księdze przeznaczenia. Zastanawiam sie też, czy nasze myśli są naprawdę naszymi myślami, czy też wszystkie one krążą gdzieś w "eterze" i są tylko przez nas wyłapywane (no bo co to są właściwie te myśli?). Zastanawiam się nad wieloma innymi rzeczami. Ale to co jest dla mnie najważniejsze w tej chwili to to, że dokonał się w moim życiu pewien zwrot.

Oczywiście nie było to nagłe jak uderzenie pioruna. To znaczy było- w pewnym sensie. Ale jednocześnie był to też bardzo długi i zmudny proces, który zresztą nadal trwa i mam nadzieję nadal pchać go do przodu. Chodzi o specyficzny sposób podejścia do życia, do świata, o małą zmianę w sposobie myślenia. Osiągnęłam sukces i mogę powiedzieć, że teraz mysle naprawdę pozytywnie. Oczywiście nie znaczy to, że jest idealnie i nagle wszystko przyjmuję od razu z radością i wdzięcznością. Ale to i tak wielki przeskok w myśleniu. A wszystko zaczęło się od bolących wnętrzności...

Nie bedę tu opisywać szczegółów. Sęk w tym, że mam w tej chwili do wykonania kilka stosunkowo drogich badań i do odwiedzenia kilku lekarzy. I nie wiem czy już zwariowałam, czy jestem na granicy, ale cieszy mnie to. Pomimo tego, że mogłabym się denerwować, że brak mi na to czasu i pieniędzy. W końcu mam tyle wydatków, tyle planów, tyle rzeczy do załatwienia...
Paradoksalnie od tamtego czasu zaczęłam widzieć w każdym problemie, każdej przeszkodzie rodzaj wyzwania. Czegoś, co trzeba rozwiązać, aby stac sie lepszym, wiedzieć więcej, być szczęśliwszym. W dodatku bardziej doceniam to, że mam osboy gotowe mi pomóc. To, co mam teraz w głowie, to przekonanie o tym, że jedyne co dzieje się codziennie, to realizajca moich marzeń, moich myśli. Czasami tylko w bardzo pokrętny sposób. Wiele razy jednak miałam już w życiu sytuacje, że wydarzenia pozornie nie mające ze sobą wiekszego związku doprowadzały mnie do celu, do którego nie potrafiłam dojść w inny sposób, a który chciałam osiągnąć. Jestem dużo spokojniejsza, dużo więcej się usmiecham i mniej spieszę. Bardziej pozytywnie patrzę w przyszłość i mniej zrażam się porażkami. Wiem, że przede mną wiele mniejszych i wiekszych kryzysów, ale wiem, że już nigdy - jak to się mówi- nic nie będzie takie samo :)

Moja żółta róża od Wrzechświata jest teraz dla mnie symbolem mojej małej pozytywnej przemiany. Wiem, że to wszystko brzmi tak bardzo ... wzniośle. Chciałoby się powiedzieć - metafizycznie. Ale to dla mnie bardzo wielki i bardzo znaczący krok na przód.

środa, 13 listopada 2013

Elkowa ucieczka do nikąd

Jesli wpisze się w google zdanie "ucieczka do nikąd" uzyskamy bardzo wiele bardzo różnych wyników : "narkotyki- ucieczka do nikąd", "ucieczka do nikąd - wpis z bloga xyz". To dosć oklepane sformułowanie i, jak wiele stwierdzeń tego typu, dla każdego ma inne znaczenie.
Ci, którzy czytują powieści Pratchetta zapewne znają Rincewinda (jego zna się nawet nie czytując powieści z serii Świata Dysku). Ów mag, to "człowiek o stu plecach" znany z tego, że zawsze ucieka, niezależnie od tego czy ktoś go goni, a jeśli tak - to dlaczego, po prostu tak profilaktycznie. Taki znalazł sobie sposób na przeżycie. Ja czasami chciałabym uciec, ale przed życiem właśnie, a raczej tymi rzeczami, które nierozerwalnie są z nim związane.
Dawno już nie czułam, że mam na świecie swoje miejsce. Ostatnio wszędzie czuje się jak intruz, nigdzie nie pasuję i to nie tylko metaforycznie - po prostu brak mi własnego kąta gdzie będę mogła robić to, co chcę i tylko na własną odpowiedzialność. Sama o ten kąt dbać i nie musieć dzielić się nim z nikim, a jeśli już - to tylko z tym , z kim rzeczywiście chcę się nim podzielić.Aktualnie uciekam z nikąd do nikąd- z "domu" do pracy, z pracy do "domu", z pośród ludzi w samotność i z samotności do ludzi. Uciekam w sen przed myślami i w marzenia przed rzeczywistością (w sumie to tylko one tak naprawdę trzymają mnie przy życiu). Niestety oprócz marzeń nie ma dla mnie miejsca gdzie czuję się dobrze. Odczuwam to nie tylko psychicznie, ale i na wskroś fizycznie, ale mam nadzieję, że jeszcze daleko mi do etapu gdy mój blog zmieni się w coś, co zatytułoane byc powinno jako "Z pamiętnika bulimiczki". Póki co rzygam głównie życiem, ale to i tak szkodzi na żołądek i powolutku trawi mnie od środka.
Jesli kiedys umrę to prawdopodobnie z braku przystosowania. Ewentualnie z braku sensu.  Prawdopodobnie jestem typem człowieka, który sam wyszukuje sobie powody do tego, aby byc wiecznie nieszczęśliwym. A może po prostu potrzebuję miejsca, w którym będę znowu czuć, że po prostu jestem w domu.

Kiedyś odkryłam, że "jak w domu" można czuć się wszędzie. Wszystko zależy od ludzi, którzy Cię otaczają i od mysli, które masz w głowie. Z ludźmi ostatnio wyjątkowo sobie nie radzę. Nie jestem w stanie stwierdzić czy to choroba, czy m ój normalny stan (kiedyś uwielbiałam ludzi, teraz częsciej się ich boję, albo nienawidzę), ale jest jak jest i póki co nie potrafię znaleźć na to rady. Nie mogę się wyłączyć, po prostu połozyć się i zasnąć, bo (niestety? na szczęście?) mam po co i dla kogo żyć, czasami jednak sama łapię sie na tym,  że wolałabym tego nie mieć, żeby móc w spokoju zostawić wszystko i wiecznie uciekać, być w ciągłym ruchu aby nie mieć czasu na myślenie o tym, gdzie czułabym sie na tyle dobrze, żeby się tam zatrzymać. Chciałabym uciec przed sobą, przed światem, przed wszystkim i (może przede wszystkim) przed niczym, ale choć bym nie chciała, muszę byc silna i trwać, i marzyć, i dążyć do celu skoro jakiś mam, mając tylko nadzieję, że to się kiedys skończy (oby jak najszybciej) i znajdę miejsce gdzie nie będę czuła się obco, przy boku osoby, przy której czuję sie jak w rodzinie (tę już przynajmniej znalazłam) wiodąc swoje zwyczajne, spokojne życie.

poniedziałek, 14 października 2013

Eko-religia i jej eko-sekswyznawcy

Nie da się zaprzeczyć, że współczesny świat pełen jest przeciwieństw i to zarówno na poziomie jednostki jak i całych organizacji i społeczności. Chyba każda możliwa idea zawsze zostanie zakwestionowana i znajdzie zarówno swoich popleczników jak i przeciwników. Dodatkowo zawsze znajdą się też ludzie, którzy na idei będą chcieli zarobić często z samej ideologii robiąc tylko przykrywkę. Nie zawsze, a pokuszę się nawet o stwierdzenie, że bardzo rzadko, udaje się rozpoznać czy ktoś działa ze szczerych intencji (czyt. w zgodzie z publicznie wyznawaną ideologią) czy też po trupach dąży do celu jakim są jak największe zarobki/władza itp. To wszystko skutkuje tym, że każdego dnia wielokrotnie jesteśmy oszukiwani. W wielu przypadkach na własne życzenie - po prostu wolimy nie wiedzieć.
Podobnie jest z modą na "eko". Sama momentami już wołam o miskę jak widzę kolejne produkty "eko" i kolejne przejawy eko mody. Nie uważam jednak, że sama idea życia jak najbardziej w zgodzie z naturą i ze sobą jest zła- wręcz przeciwnie. Uważam, że w dzisiejszym świecie ludzie powinni dołożyć starań, aby żyć jak najbardziej zdrowo, w szczęściu i harmonii, chociaż to nie jest takie proste jak czasem mogłoby się niektórym wydawać. Jestem jednak przeciwna wszelkie przesadzie - tworzeniu obok prawdziwej ekologii ekologię fałszywą, religię ze swoimi fanatycznymi wyznawcami napędzającymi machiny, które sprawiają, że kolejne miliony trafiają do kieszeni właścicieli wielkich korporacji (nie uważam jednocześnie, że wszystkie korporacje i ich idea jest sama w sobie zła).
Ja sama od pewnego czasu zaczęłam żyć bardziej "eko" - zmieniłam dietę, zwracam uwagę na kosmetyki jakie kupuję. Stało się to pod wpływem po pierwsze czytania bloga, który jest dla mnie wielkim objawieniem (http://www.tlustezycie.pl/), a ostatnio także po zapoznaniu się z treścią książki "Mordercza gumowa kaczka", którą polecam każdemu, oraz licznych artykułów dotyczących szeroko pojętego zdrowia i szkodliwości niektórych jego części. Staram się jednak poszukiwać swego rodzaju złotego środka. Dbać o siebie nie popadając w paranoję, co czasami nie jest takie proste.

Zarówno te złe i dobre idee (zazwyczaj niemożliwe do odróżnienia, bo przecież wszystko jest względne) bardzo szybko zagnieżdżają się i rozprzestrzeniają wśród całej naszej populacji wędrując z kontynentu na kontynent. Niemal wszystkie używane przez nas na co dzień produkty oraz żywność nafaszerowane są chemikaliami o specyficznych właściwościach mających zwiększyć komfort codziennego życia. Okazuje się jednak, że te pochodzące z mózgów szalonych chemicznych naukowców idee odbijają się poważnie na naszym zdrowiu. W szamponie, paście do zębów, pojemniku na żywność czy teflonie na patelni znajdziemy związki działające rakotwórczo i mutagennie, zabijające nas powoli każdego dnia. Nie wspominam już nawet o środkach ochrony roślin czy takich produktach jak papierosy, o których szkodliwości wie chyba każdy, nie każdy jednak zdaje sobie sprawę z tego jak bardzo są one szkodliwe. Zawsze znajdziemy jednak te bardziej ekologiczne odpowiedniki wszystkiego co używamy na co dzień (najpierw jednak musimy poświęcić nieco czasu aby zbadać, czy na pewno są one ekologiczne).
Tak czy siak zarówno chemia jak i ekologia dzisiaj walczą o nas między sobą wciskając się w każdą dziedzinę naszego życia i nie pozostawiając nam nawet miejsca na największą intymność, czyli seks. Jest to czynność wydająca się jak najbardziej naturalna, jednak nawet w sypialni zawsze możemy wybierać jedną z kilku możliwych ścieżek postępowania.
Cały szum wokół "ekoseksu" rozpoczął się od publikacji Stefanie Iris Weiss: Eco-Sex: Go Green Between the Sheets and Make your Love Life Sustainable. Autorka tworzy swego rodzaju kodeks bycia eko-kochankami. Książka budzi wiele sprzeciwów, ale również spore zainteresowanie. Dowiadujemy się z niej, że najbardziej polecaną przez autorkę formą antykoncepcji jest wkładka wewnątrzmaciczna, a kochać się powinniśmy przy zgaszonym świetle i na pościeli z naturalnej bawełny czy bambusa. Zakładając, że autorka rzeczywiście przejmuje się ludzkim zdrowiem i stanem środowiska, to popieram ją w kwestii idei zastępowania szkodliwych dla nas produktów tymi bardziej naturalnymi. Zamiast wibratora pokrytego zmiękczonym plastikiem czy lubrykantu nafaszerowanego szkodliwą chemią, może dildo z piaskowca, nakręcany mahoniowy wibrator i nawilżacz stworzony z naturalnych składników? Radziłabym też uważać z prezerwatywami zawierającymi toksyczne dla człowieka polimerowe związki i pokryte środkami plemnikobójczymi, które podrażniają ścianki pochwy. Nie tworzyłabym jednak scenariuszy randek dla prawdziwych eko-kochanków, gdzie zakazane są kwiaty (hodowane z użyciem środków chemicznych), pisanie listów miłosnych i seks przy zaświeconym świetle (wyłączanie go, ma zaoszczędzić prąd), a także jedzenie inne niż wegańskie (ja nie wiem czemu mięso ma być mniej naturalne niż sałata, pomijając kwestię często wątpliwej jakości jednego i drugiego). 
Jeśli jednak jesteśmy już przy seksie i jego połączeniu z ekologią, to jeszcze inny pomysł na to ma grupa ludzi, która stworzyła organizację non profit o nazwie "Fuck for forest" (http://www.fuckforforest.com/), o których to zresztą powstał niedawno głośny film dokumentalny pod tym samym tytułem. Organizacja ta ma na celu zbieranie pieniędzy na akcje typu ratowanie lasów deszczowych poprzez nagrywanie i płatne udostępnianie na stronie amatorskich filmów porno. Aktywiści chcą przy okazji przekonać nas do tego, że nagość jest dobra i piękna, a seks to coś całkowicie naturalnego i bynajmniej nie powinien być tematem tabu. A przynajmniej tak twierdzą na swojej stronie. 

Co ja o tym wszystkim myślę? Po pierwsze powtórzę - to wszystko piękne, ale nie popadajmy w przesadę. Nie tylko w tych kwestiach, które związane są z seksem. Czy warto płacić 120 zł za pudełko czterech prezerwatyw tylko dlatego, że ktoś powiedział, że są eko? I czy przypadkiem pod piękną ideologią organizacji "Fuck for forest" nie kryje się zwykły ekshibicjonizm, fetyszyzm, czy jak to tam zwał? Chciałoby się żyć zdrowo i w harmonii z naturą, ale nie za cenę kontroli oddechu podczas orgazmu, żeby przypadkiem nie wydychać zbyt dużej ilości dwutlenku węgla do atmosfery, że tak pozwolę sobie sparafrazować wypowiedź Marcina Prokopa (http://www.kobieta.pl/gwiazdy/emocje/pisza-dla-nas/marcin-prokop/zobacz/artykul/eko-seks/), który do pomysły eko-seksu podchodzi z ogroooomnym sceptycyzmem, żeby nie powiedzieć wrogością. Ja nie jestem przeciwniczką ani eko-seksu, ani nagrywania filmów porno w celu zbierania pieniędzy na szczytny cel (no bo jak ktoś to robi z własnej woli, to co w tym złego?) tylko nawołuję i sama mam nadzieję, że podołam - wybierajcie i działajcie z głową. 

poniedziałek, 7 października 2013

(Nie) wszystko co kocham

Nie wszystko idzie tak jak się planuje. A już szczególnie w moim wykonaniu. Nie zamierzam narzekać, smęcić czy też oceniać czy wychodzi mi to na dobre, czy też nie, bo moim zdaniem to najczęściej ma niewielkie znaczenie.
Jestem dziewczyną pełną słabości i kompleksów, ale na pewno nie jest to jedyne co mnie określa. Jest wiele osób, rzeczy, aktywności, które bardzo lubię, kocham, albo pewnie pokochałabym/polubiła gdybym tylko miała okazję. Największym problemem jest zawsze brak czasu.
Bardzo lubię uczyć się nowych rzeczy. Na studia poszłam nie dla papierka, ale dla poszerzenia wiedzy i dla własnej satysfakcji. Owszem, nie przeczę, że mam nadzieję na to, że pomogą mi również w zdobywaniu ogromnej ilości pieniędzy, a co.

Uczę się jednak tej swojej Javy (żeby nie było- nie uważam samego języka za swój, "swoją Javą" nazywam tutaj raczej mój proces nauki). Robię to dużo wolniej niż zakładałam, ale wciąż staram się wygrzebać na to troszkę czasu. Późna już pora kiedy to piszę, zostało mi 6 godzin do pobudki, a jeszcze pasuje się wykąpać- jednak dokończyłam dziś kolejną lekcję. Jak to mówią - coś za coś.

Chodzę na korepetycje z angielskiego i niemieckiego, ładując w to mnóstwo kasy. Nie powiem, żebym robiła spektakularne postępy - na to zbyt mało się uczę. Dbam jednak o to, żeby ktoś pilnował mnie w tym, że uczę się tych języków. Żeby być zawsze ten mały kroczek do przodu. Od dawna planuję się certyfikować, ale, stała śpiewka, czas, pieniądze, chęci- często wszystkiego jest za mało. Wiem jednak, że ten moment nadejdzie stosunkowo niedługo, bo myślę o tym coraz częściej i intensywniej, a jak myślę, to kombinuję jak to osiągnąć.

Uczęszczam na zajęcia z tańca - Irlandzki soft i step, soft szkocki oraz szkockie tańce highlandowe. Sama nie wiem skąd wziął mi się pomysł na to żeby tańczyć akurat to, ale złapałam bakcyla i w tym momencie rusza już drugi rok nauki. Wraz z kilkoma koleżankami zostałyśmy docenione za naszą zeszłoroczną pracę i mamy możliwość uczestniczenia w próbach zespołu Comhlan oraz gigantyczną zniżkę na warsztaty (w sam raz zwróci mi się fortuna wydana na buty do tańca). Nie mam na tyle czasu, żeby tańczyć tyle ile bym chciała, chodzić na wszystkie próby, większą ilość zajęć - na razie trzy razy w tygodniu musi wystarczyć. Ale jest to dla mnie coś ważnego i cudownego.

Moje studia z pewnością będą wymagały ode nie w tym semestrze sporo wysiłku. Dość sporo nie tak prostego przecież materiału się trafiło (pomimo tego, że to studia zaoczne). Kochałam moje pierwsze studia, z których zrezygnowałam (faktem jest, że płakałam nie raz i nie dwa z bezsilności nad zadaniami z algebry i wypracowaniami z fizyki, które po dziesięciu godzinach spędzonych nad nimi nadal nijak nie wychodziły). Fizyka okazałą się jednak nie dla mnie - z wielu względów. Jednak ile ten krótki okres studiowania na UJ mi dał, wiem tylko ja. Kocham też moje obecne studia. Programowanie to coś czym chcę się zajmować w przyszłości - im bliższej tym lepiej. Lubię swoją uczelnię, kolegów i bardzo nieliczne koleżanki z roku (zresztą nie wiem czy nie powinnam już napisać "koleżankę", bo ostatnio tylko jedną widziałam).

W pracy wciąż zawirowania, a jednak mimo wszystko ją lubię - głównie przez team z którym mam szczęście pracować, ale także przez to, że sporo dzięki niej mogłam i nadal mogę się nauczyć.

Marzy mi się, aby kiedyś wrócić do grania na fortepianie. Wysokiej klasy instrument z cudownym dźwiękiem i niezwykle czułymi klawiszami zawsze będzie moim marzeniem. Pianistka ze mnie bardzo niespełniona, że się tak wyrażę. Jakiś etap nauki zakończyłam, jednak mam wrażenie (a nawet jestem pewna), że stało się to zanim miałam okazję na dobre się rozwinąć. Wiem, że teraz grałabym inaczej, lepiej, mądrzej... Ale to wymaga wiele pracy i czasu.

Kolejną rzeczą co do której odkryłam, że ją uwielbiam, to jazda konna. Kiedy tylko mogę, staram się umówić na godzinkę czy dwie w zaznajomionej stadninie na naukę jazdy. Zdarza się to nad wyraz rzadko, ale zawsze sprawia mi wiele radości.

Co jeszcze lubię? Czytać lubię, lubię też gotować (to mnie uspokaja i pozwala niejako "wyżyć" się emocjonalnie), lubię nawet sprzątać, ale wtedy, kiedy nic bardziej pilnego nie zaprząta mi głowy.
Jest mnóstwo innych rzeczy, które lubię. A wszystkie wymagają czasu. Gdyby tylko mieć go więcej - można by wszystko...
Może dlatego czasami fajna wydaje mi się idea wiary w bezczasowy wymiar gdzie możemy np. udać się po śmierci. Jako dziecko marzyłam często, że niebo to miejsce, gdzie możemy nieustannie rozwijać się ze wszystkich dziedzin, które nas interesują i mamy na to zawsze dosyć czasu, przez co możemy być szczęśliwi. Możemy w nieskończoność poznawać ludzi, którzy nas otaczają, bo przecież tyle jest do poznania (zawsze miałam nadzieję, że żadnej osoby w naszym życiu nie spotykamy bez powodu). Czasami nadal sobie tak marzę, chociaż ciężko powiedzieć, że wierzę. Raczej chciałabym wierzyć, choć nie podchodzę do tego rozpaczliwie, a z radosną ciekawością.

Opowiedziałam krótko o tym, co dla mnie ważne i co sprawia mi radość, a jednak to tylko wstęp do tej najważniejszej części mojego życia - miłości. Niech sobie tam każdy myśli co chce. Bo może to brzmi słodko, naiwnie czy banalnie, ale dla mnie bez drugiej osoby przy moim boku, osoby którą kocham i która kocha mnie, cała reszta życia traci kolory, traci sens. Skupiam się wtedy na zabijaniu w sobie tęsknoty i nie myśleniu, tak aby tylko egzystować jak w hibernacji w oczekiwaniu na kogoś, dzięki komu mogę czuć się szczęśliwa. Może to oznaka słabości, może nieporadności - ja nie wiem. Wiem, że nie potrafię, a może nie chcę żyć bez kogoś, dla kogo mogę się starać, z kim mogę wiązać swoje plany na przyszłość, swoje marzenia, do kogo zawsze mogę się zwrócić i na niego liczyć. To jest mój sekretny składnik życia, bez którego przepis na nie, kompletnie nie ma sensu, pozostaje tylko pozbawiona smaku papka, w której zawsze będzie czegoś brakować, aby można było radośnie się nią najeść.
Mam taką osobę rzecz jasna, jest nią mój chłopak i chciałam się pochwalić na jak wielki skarb trafiłam. Nie jest on moim pierwszym chłopakiem. W sumie drugim. Ale nie będę mówić, że tamta miłość nie byłą prawdziwa. Uważam , że była. Byliśmy tylko zbyt niedojrzali, aby odpowiednio o nią walczyć i aby niektóre rzeczy zrozumieć. Wdzięczna jestem jednak za doświadczenia z poprzedniego związku i za mojego byłego partnera, a teraz prawdziwego przyjaciela. W dużej mierze dzięki niemu jestem teraz tym, kim jestem. Ale zgodnie z zasadą "panta rhei" - nie ma powrotu do tej samej rzeki. Jest nowa, na tym etapie na pewno lepsza rzeka, w której z chęcią się zanurzam i chłonę całą sobą jak tylko mogę. I będę publicznie się tym chwalić i publicznie po wielokroć dziękować mojemu Adamowi za to, że jest i za to, że dał mi się poznać, nadal dając się powoli odkrywać.

Ten post jest opowieścią o tym, co tworzy moje życie. To ukryty pomiędzy wierszami hymn dziękczynny za to wszystko i tych wszystkich, których kocham, podziwiam, lubię, a których niekoniecznie tu wymieniam. Czasem boli mnie serce, że nie każdemu mogę okazać tyle uczuć ile bym chciała. Że nie dla każdego mam dostatecznie dużo czasu. Jest wielu ludzi, z którymi nie mam kontaktu często już od wielu lat, a których nadal pamiętam i życzę im jak najlepiej. Za to wszystko, za was wszystkich : szczerze i z całego kulawego serca (może nieco nieporadnie) DZIEKUJĘ

czwartek, 3 października 2013

Akcja przeprowadzka - panta rhei

Wszystko się zmienia, w dodatku zmienia się szybko. Mam czasem wrażenie, że moje życie to ciąg, bynajmniej nie alkoholowy, a ciąg nagłych zwrotów o wiele stopni i wielu płaszczyznach. Zrezygnowałam już z połapania się w tym i w momentach kiedy najbardziej się "przewraca", po prostu daję się ponieść i czekam co z tego wyniknie. Według paru mądrych ludzi, a w każdym razie według tego, który powiedział, że "panta rhei", zmiany są napędem całego wszechświata i wszystkiego co się dzieje. Sprawiają, że w ogóle coś się dzieje. Zmiany to ruch, zmiany to życie. A jednak boimy się zmian. Boimy się tego, co nieznane.
Jednak ja nie o tym.
Tylko o niespodziance jaka spotkała mnie po powrocie z urlopu. Było to już dobrych parę dni temu, jednak zmiany, które nastąpiły w moim życiu zaowocowały lekkim szokiem i problemami z pozbieraniem się. Ktoś powiedział kiedyś, że problemy to tchórze, atakują wszystkie na raz. Zmiany może też. Ja powiedziałabym jednak - jedno przyciąga drugie, ale nie bez zasady - przyciągają się podobieństwa. Zmiany powodują inne zmiany i tak to się rozpędza, dlatego życie mija nam coraz szybciej.

Skończył się mój (oczywiście zbyt krótki) urlop i powróciłam do Krakowa. Już kolejnego dnia rozpoczynałam nowy semestr na studiach głowę mając pełną myśli typu "jak to wszystko ogarnąć", czy "skąd wziąć na to wszystko pieniądze". Problemy spadają z nieba. Serio. Na szczęście spadają też rozwiązania. Trzeba je tylko zobaczyć i otworzyć się na nie. Ale koniec dygresji, wróćmy do konkretów - więc miałam sobie te swoje myśli (ja wiecznie się czymś przejmuję, tragedia) i znienacka doszły do tego nowe. A stało się to za sprawą właściciela mieszkania, w którym wynajmowałam pokój. Otóż, nie wdając się w szczegóły, dowiedziałam się, że muszę wyprowadzić się do końca miesiąca (co dawało właściwie dwa dni, dwa dni bez uprzedzenia, dwa dni, w ciągu których dodatkowo miałam zajęcia na uczelni). Co ciekawsze - na podstawia sobie tylko znanych historii, ów wyżej wymieniony pan stwierdził, że nie jestem godna tego, aby zwrócić mi wpłaconą mu przeze mnie kaucję (och jakże się zawiodłam na ludzkości tym razem). Przyznam szczerze, że puściły mi emocje i pobeczałam się wiele razy, w tym nawet w tramwaju, generalnie głównie z powodu dezorientacji spowodowanej całą sytuacją. Ale kolejnego dnia zrobiłam największą awanturę w swoim życiu, w wyniku której odzyskałam pieniądze (wprawdzie bez pięćdziesięciu złotych, ale moje nerwy warte są więcej). Na szczęście są też moje siostry i mieszkanie mamy odziedziczone po dziadku, w którym owe siostry mieszkają. Jako, że i tak miałam wprowadzić się do nich, ale miesiąc później, to do nich skierowałam prośbę o przygarnięcie mnie. Zlitowały się nad biednym, bezdomnym Elkiem i przyjęły. Nieco nam teraz ciasnawo, jako że póki co dzielę pokój z siostrą i jej narzeczonym, kuchnia mała na troje, łazienka nie większa, ale przez te kilka dni jeszcze się nie pozabijaliśmy, więc jest to już jakiś sukces.

Jak tylko zakończyły się dwa dni przeprowadzki (nie powiem - męcząca sprawa, dobrze, że mam te siostry, bo bez nich bym w tej sytuacji zginęła) nastąpił dzień powrotu do pracy. Wszystko nowe, bo projekt w czasie przenosin do Indii. Kiedy mnie nie było wstąpił w fazę , kiedy wszystkie procesy, które miały zostać przekazane są już wykonywane w 100% w Indiach i w 100% sprawdzane u nas. Przyznam, że męczy mnie to dużo bardziej niż samodzielne procesowanie. Zresztą - nie tylko mnie. Atmosfera w pracy męcząca i dość napięta, a tu jeszcze przedłużenie umowy. Szkoda tylko, że bez podwyżki.... nie podpisałam prosząc o możliwość negocjowania warunków. Czy zrobiłam dobrze? Ha, nie mam pojęcia! Ale co się stało to się nie odstanie, czekam na rozwój wydarzeń. W końcu będzie dobrze. Tego jestem pewna. Okaże się tylko co znaczy dobrze i dla kogo dobrze. Jednakowóż moja matka Nadzieja nie umrze wcześniej niż ja.

Powoli się zbieram i ogarniam, będę musiała (chciała?) wrócić do przerwanej nauki Javy. Dodatkowo w przyszłym tygodniu rozpoczynają się zajęcia z tańca, dziś już konwersacje z niemieckiego, a od soboty angielski. A i Naruto sam się nie obejrzy. Jeżeli to przeżyję - będzie to baaardzo pracowity okres w moim życiu.

wtorek, 1 października 2013

Tym razem naprawdę o homeschoolingu

Jeżeli ktoś nie wie czym jest homeschooling, czyli edykacja domowa, odsyłam na stronę :
http://dziecisawazne.pl/co-to-jest-homeschooling-czyli-edukacja-domowa/

Tutaj chciałam w skrócie opisać dlaczego jestem za homeschoolingiem i dlaczego właściwie o tym piszę.

Osobiście chciałabym swoje własne dzieci uczyć w domu. Niestety jest to zabronione w kraju, do którego kiedyś chciałabym wyjechać (chociaż może moje plany kiedyś się zmienią), mianowicie w Niemczech. Oczywiście nie mówię tutaj o uczeniu dzieci literek, czy generalnie uczenia się z nimi po szkole. Mówię o całkowitej rezygnacji ze szkoły (przynajmniej na pewnym etapie) i samodzielnym nauczaniu dzieci w domu.  Na poziomie podstawówki i gimnazjum byłabym w stanie przekazać im odpowiednią wiedzę, co więcej- jestem pewna, że w wielu przypadkach dużo lepiej niż nauczyciele.

 O homeschoolingu czytałam już wielokrotnie, ale ostatecznym argumentem "za" jest doświadczenie - siedząc z młodszymi siostrami nad ich zadaniami domowymi, widzę, jak duże czasem są braki w edukacji najmłodszych. A jedynym problemem tutaj jest zazwyczaj brak czasu - ze strony nauczyciela, żeby zmieścić się w programie, indywidualnie podejść do każdego ucznia czy chociażby dostatecznie kontrolować, czy każdy nauczył się tego co trzeba. Ze strony rodziców - niemożność przypilnowania zrobienia każdego zadania, sprawdzenia wiedzy z każdego działu itp. Niestety niewiedza szybko się kumuluje i przy braku podstaw nie da się iść dalej. Widzę to nie tylko na przykładzie moich sióstr, ale i samej siebie, moich znajomych, czy dzieci, którym zdarzyło mi się udzielać korepetycji.
Dziecko nie potrafi uczyć się samo i przede wszystkim tego należy je nauczyć w pierwszej kolejności, co nie zmienia faktu, że wskazane jest wsparcie przy każdym nowo poznawanym temacie. Dziecko po prostu potrzebuje czasu i odpowiedniego podejścia aby zrozumieć. Zresztą... czy tylko dziecko?

Co dobrego jest w homeschoolingu?

Dziecku przekazujemy nie tylko czystą "szkolną" wiedzę. Owszem, musimy przystosować program do ogólnie narzuconych wymagań edukacyjnych, aby dziecko mogło zdawać testy. Jednakże oprócz tego tworzymy z dzieckiem lepsza więź, przekazujemy mu najważniejsze wartości i możemy na bieżąco odpowiadać na jego pytania, nie tylko te dotyczące matematyki czy języka polskiego, ale również całkiem zwyczajnie i te, które dotyczą codziennego życia.
Dodatkowo okazuje się, że dzieci uczone w domu, nie tylko więcej umieją, ale jednocześnie mniej czasu spędzają na nauce (wg niektórych źródeł jest to do 5 godzin lekcji dziennie + żadnych "zadań domowych"). Lekcje domowe często są ciekawsze niż te prowadzone w szkole (rodzice wymyślają różne sposoby na ich urozmaicenie).

Co z argumentami, które często przedstawiają ludzie będący przeciwko tej metodzie nauki?


  • Brak integracji z rówieśnikami:  niemal nigdy nie jest to prawdą. Rodzice uczący dzieci w domu deklarują najczęściej, że dbają o to aby ich dzieci spędzały dużo czasu z innymi dziećmi- zapisują je na zajęcia dodatkowe (np. sportowe), dbają o dobre kontakty z sąsiadami, znajomymi, którzy również posiadają dzieci.
  • Brak dostępu do pomocy naukowych oferowanych przez szkołę:  pomoce naukowe? Nie wiem jak u was, ale w wielu szkołach jedyne pomoce naukowe to tablica i stare mapy. Nie ma czasu ani dostatecznego wyposażenia do przeprowadzania eksperymentów chemicznych, a inne pomoce często są przestarzałe, zniszczone, albo po prostu nauczycielom brak czasu na ich używanie. Rodzice często bardziej dbają o to, aby z dzieckiem przeprowadzić proste eksperymenty (które dziecko może zobaczyć z bliska, a nie z ostatniej ławki w szkole), zabierać je do muzeum, zoo, ogrodu botanicznego czy prezentować odpowiednie książki, ilustracje itp. Często naukę poprzez zabawę stosuje się w przypadku nauki matematyki tak często nienawidzonej przez dzieci po typowej nauce w szkole, a przecież tak ciekawej i rozwijającej! (To oczywiście moje zdanie).
  • Przekazywanie wiedzy uzależnione od poziomu wykształcenia rodzica: rodzice nierzadko edukują się sami na bieżąco, aby móc jak najlepiej przekazać wiedzę dziecku. Wielu decyduje się też na opłacenie korepetytorów w przypadku przedmiotów, z którymi radzą sobie gorzej (głównie języków obcych). Rozsądny rodzic zdaje sobie sprawę z tego co umie, a czego nie i potrafi temu zaradzić tak, aby dziecko wyszło na tym jak najlepiej.
  • Brak możliwości samorozwoju rodzica-nauczyciela: To według mnie bzdura. Wszystko zależy od tego jak rodzic pojmuje samorozwój. Nieczęsto edukacja domowa wręcz pomaga rodzicowi się rozwijać. Uczące dzieci matki (bo zazwyczaj są to matki) podkreślają jak na początku obawiały się utraty czasu dla siebie, możliwości podjęcia stałej pracy, a potem całkowicie zmieniały zdanie czując, że realizują się dzięki edukacji domowej i coraz to nowych pomysłów na spędzanie czasu z dzieckiem. Dobrze zorganizowana osoba jest w stanie również podjąć dodatkową pracę jeżeli czuje taką potrzebę.


Jakie według mnie są przeszkody, które może napotkać rodzic, czy wady homeschoolingu? Nie da się ukryć, że nie każdy może sobie na luksus uczenia dzieci w domu pozwolić.
Po pierwsze trzeba mieć na to czas. Zdarza się, że niemożliwa jest rezygnacja nawet jednego z rodziców z tradycyjnej pracy.
 Po drugie pieniądze. Co zresztą łączy się z czasem. Zazwyczaj jest tak, że jeden rodzic pracuje, a drugi siedzi w domu. W Polsce niewiele rodzin jest w stanie utrzymać się w taki sposób. Co więcej, dodatkowe zajęcia, pomoce naukowe czy korzystanie z pomocy korepetytora - to wszystko równa się koszty. Niestety nierzadko spore. I chociaż można wiele materiałów naukowych znaleźć za darmo w internecie, korzystać z bibliotek czy tworzyć własne pomoce (o ile ma się odpowiedni pomysł), są wydatki których nie da się uniknąć.
Jednak największym według mnie problemem mogą być sami rodzice - nie każdy nadaje się do uczenia, nie każdy potrafi przekazać wiedzę, nawet jeśli ją posiada. A co w dodatku kiedy jej nie posiada? W ostatnim przeczytanym przeze mnie artykule znajdowało się bardzo trafne sformułowanie pod którym podpisuję się rękami i nogami : "homeschooling jest dla każdego dziecka, ale niestety - nie dla każdego rodzica".
Tak czy siak uważam, że domowa nauka to lekarstwo na wiele współczesnych problemów społecznych. Uczymy dzieci czegoś więcej niż dodawania, spędzamy z nim czas, pozwalamy czuć się bardziej kochane i doceniane. I szczerze mam nadzieję, że jeśli kiedyś będę miała dzieci (a przecież bym chciała) będę mogła pozwolić sobie na to, aby uczyć je w domu. Zdaję sobie sprawę z tego, że to niełatwe zadanie i ogromna odpowiedzialność, ale kto podoła jak nie ja? ^^

piątek, 27 września 2013

Elek przeciwko busiarzom i za homeschoolingiem

Pora na kolejny z serii moich nudnych wpisów. Powróciłam do Krakowa. Powiedziałabym, że w chwale, gdyby była to prawda, ale jest to raczej coś w stylu lekkiego wku... hmmm... poddenerwowania. Bo już pominę to, że nie cierpię przemieszczania się środkami transportu publicznego z dużą ilością bagażu. Niezbyt lubię też kończące się, mało produktywne (jak większość mojego życia) urlopy. Ale dzisiejszy powrót do mieszkania w Krakowie nie należał do bajkowych. Najpierw mama dała mi nadzieję, na podwiezienie . W prawdzie nie na Kazimerz, a do Nowej Huty, ale zawsze coś. Zrezygnowała, gdy dowiedziała się, że moja siostra (mieszkająca w Nowej Hucie) nie ma w mieszkaniu zakupionego dla niej miodu. Przecież nie będzie podwozić córki kiedy nie przywiezie miodu, logiczne. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że dała mi nadzieję. Tak się własnemu dziecku nie robi. Cudzemu też. Ale własnemu szczególnie. Jeszcze tak kochanemu jak ja. Ot i co.

 No, ale przecierpiałam i wsiadłam do busa, z wielkim bagażem i jeszcze większym trudem - jak to student wracający od mamy, z tym, że u mnie jedzenia najmniej- ciesząc się perspektywą spokojnej jazdy. Ale nie. Po jednym przystanku musiałam wysiąść, bo kierowca zmieniał samochód i czekać na niego na tym jesiennym zimnie przy okazji prawie spadając ze schodków razem z mą ogromną emo-czarno-różową torbą , bo wiadomo- ma się ten spryt i wdzięk wrodzony. Doczekałam się w końcu. I jechałam. Całą trasę w nieogrzewanym busie, przy otwartym oknie, z kierowcą rozmawiającym przez telefon i palącym papierosy. Nie zwróciłam mu uwagi. Nieśmiała jestem. Ale za to teraz sobie ponarzekam. Bo mogę. Przy moim wysiadaniu Pan Busiarz był jednak całkiem miły i odechciało mi się na niego złościć, chociaż będę unikać busów jak ognia, bo dziwni ludzie tam jeżdżą (zakompleksieni rajdowcy, kierowca jadący całą trasę z otwartymi drzwiami i pół trasy z nogą na desce rozdzielczej to tylko część tego co (kogo) za kierownicą busa można spotkać). Nie wiem czy to busy tak wpływają na ich kierowców, czy specjalnie się takich zatrudnia, czy też tylko ludzie ze specyficzną osobowością decydują się na zostanie "busiarzem", ale nie widziałam jeszcze chyba żadnego, którego mogłabym określić jako całkowicie normalnego (według moich wewnętrznych norm rzecz jasna. Może to też kwestia mojego pecha. Albo tras, którymi jeździłam do tej pory). Niestety jak się mieszka na takim, za przeproszeniem, wygwizdowie, to się można tam dostać tylko busem/własnym samochodem/autostopem/rowerem/nogami/hulajnogą. Chociaż tym ostatnim ciężko, bo dziury w drodze są naprawdę GIGANTYCZNE. A że ja samochodu własnego nie mam  a ciężko poruszać się autostopem/rowerem/nogami z ogromną walizką na kółkach i dwoma torebkami, pozostają busy... Czas mi jak najszybciej się wzbogacić i mieć własnego szofera.

No dobrze. Ale w Krakowskim tramwaju było mi już ciepło, chociaż ludzie na mnie dziwnie patrzyli (wiem,wiem, to tylko moje fobie). Niskopodłogowy, więc i walizę wnieść stosunkowo łatwo. Nieco ciężej było wleźć na drugie piętro kamienicy m.in. przez brak światła na klatce schodowej (błogosławione latarki w telefonach), ale dotarłam i jestem. Straty materialne to tylko (aż!) jedno stłuczone jajko, a niestety wzięłam ich jedynie 10. Taki to już mój smutny los i marna egzystencja.

Według tytułu posta, powinnam napisać teraz dlaczego jestem za homeschoolingiem skoro wiadomo już, dlaczego przeciw busiarzom. Ale w sumie to mi się nie chce się (to drugie "się" jest specjalnie) i napiszę o tym następnym razem. Nie chce mi się też pisać o reszcie dnia. Bez jakiegoś szczególnego powodu. Nie chce się i już. A teraz czas się wypakować i przygotować psychicznie  na rozpoczęcie nowego semestru. Yeah. Mam taki mętlik w głowie, że sama już nie wiem, czy to jest to co Elki lubią, czy też może nie. Chyba dowiem się jutro. W każdym razie- na to liczę.

czwartek, 26 września 2013

Powrót mistrza suchara

Mistrzem suchara ogłaszana byłam już parę razy. W pracy, na studiach, generalnie w różnych kręgach. Tym razem świeżo wymyślonego suchara postanowiłam narysować. Nie żeby mi się nudziło, ale poczułam, że muszę*:

krem.jpg

A wracając - mojej nauki programowania ostatnio było niewiele, bo brat nagle zaczął wspominać stare dzieje jak to grało się w Heroes III. Powróciły wspomnienia i chęć zagrania znowu. I tak sobie grałam wiele godzin w ostatnich dniach (i nocach. Właściwie przede wszystkim nocach). Ale nie tylko to - bo i do Krakowa trzeba było jechać załatwiać takie super fajne papierkowe sprawy. Buty za to przy okazji kupiłam (dziadek dał stówkę, bo "to obciach w dziurawych chodzić" i na nic moje tłumaczenie, że pal sześć dziury, bo trampki i bez dziur przemakają) - udało mi się tego dokonać w niecałe 45 minut, odwiedzając 8 sklepów, a przymierzając łącznie... hmm... jedną parę butów. Aż sama się dziwię, że w ogóle znalazłam buty, które spełniają wszystkie narzucone warunki :


  • mają się podobać mnie i generalnie ładnie wyglądać na nodze
  • nie jasny kolor (najlepiej czarny/szary/ciemny brąz)
  • do 100 zł (wiadomo czemu)
  • nie zamszowe
  • obcas - odpowiednio szeroki, nie wysoki i nie niski
  • mają nadawać się na jesienną pogodę.


Wiem, że nikogo to nie obchodzi (kto normalny czyta o butach jak można o mojej nauce programowania), ale musiałam się pochwalić.

Trzecią rzeczą, którą "musiałam" było pojeżdżenie na koniu w trakcie trwania mojego urlopu. Wcześniej nie bardziej była okazja, później nie bardzo była pogoda, ale generalnie udało się raz- wczorajszą wyprawę w teren odczuwam dziś bardzo intensywnie w tych mięśniach łydek, których do tej pory nie używałam tak intensywnie (przysięgam, że przy tańcu pracują zupełnie inne!). Tak czy siak było warto, z konia nie spadłam, więc nic się w głowie nie poukładało, za to zostałam przez niego wielokrotnie opluta (musiał gdzieś wśród przodków mieć lamę, jak babcię kocham).

Dzisiaj też już nie marnuję czasu na granie w Heroes'ów  - chociaż nie wiadomo co przyjdzie mi do głowy nocą. W każdym razie od rana widziałam się z koleżanko-sąsiadką z podstawówki, pomogłam dziadkowi w zdjęciu firanek, co przy moim wzroście i obolałych łydkach jest naprawdę niezłą gimnastyką, pograłam trochę na pianinie (eh, jak ja za tym tęsknię... ale to zbyt rozległy temat, żeby w ogóle się wgłębiać w tej chwili) i robię porządki w pozostałych jeszcze tutaj moich ciuchach. A, pomogłam nawet siostrze odrobić zadanie z matematyki! Jestem taką dobrą siostrą. Bardzo rzadko. Ale jednak.

W ogóle póki co to piszę bardziej pamiętnik niż bloga, wiem o tym :D Ale myślę, że to kwestia czasu, zanim przestanę pisać po to, żeby siebie samą kontrolować, a zacznę, żeby komuś chciało się to czytać. Tak czy siak - urlop się kończy, zbliżają się zajęcia na uczelni (I'm realy excited, seriously) i powrót do Krakowa i pracy. A teraz wracam do tego co przerwałam, no bo ileż można, nie?

*co najmniej jedna badana osoba szczerze uznała ten komiks za śmieszny

sobota, 21 września 2013

Nadchodzę i ta da da dam!

W ramach sprostowania - jeszcze nie jestem informatykiem, ale będę. Dlatego mówię sobie, że będę i innym mówię tako również, aby się przyzwyczajać. Bo jak sobie wmówię, to może zostanę szybciej? Kto wie...
W pracy i tak jestem "tą z IT" i pomagam ludziom w rozwiązywaniu prostych problemów ("dlaczego ten monitor nie działa?" "hmmm... podłącz kabel?") dzięki czemu mogę się podbudować. Ale skoro poszłam już na studia informatyczne, to najważniejsze teraz dla mnie to nauczyć się programowania. Zabieram się za to długo i idzie mi mozolnie, ale właśnie po to też zakładam swojego bloga, żeby śledzić swoje postępy i sama się motywować. Startuję praktycznie od zera, teraz z Javą, na studiach w tym semestrze będą podstawy C (btw w rozkładzie zajęć NARESZCIE matematyka! Tęskniłam <3 ). Ale co mnie czeka? Jeszcze do końca miesiąca mam ambicję dokończyć "przerabianie" książki "Teach Yourself Java in 24 Hours". Widziałam gdzieś tam dalsze części, ale najpierw trzeba zrobić podstawy podstaw, czyli wykopać dziury na fundamenty zanim zacznie się je wylewać. W planach mam później jeszcze "Java Core", ale powoli, powoli. Jak to ja.
Przyznaję, że zaczynałam się już uczyć, ale poległam na Rubim. Przez brak systematyczności. Teraz wzięłam się za Jave, bo uczestniczyłam w warsztatach organizowanych przez WebMuses dotyczących tego języka i stwierdziłam, że to dobry motywator, żeby ruszyć z kopyta. Z tym kopytem to na razie jest jak jest, ale póki co- cała noc przede mną! (Yeah).
Plan jest taki, żeby jeszcze dziś się trochę pogimnastykować, w końcu trzeba o siebie dbać  (dziś to znaczy zanim pójdę spać). Wychodzę z założenia, że nawet 10 minut jest lepsze niż nic. A mam zamiar być nie tylko świetną w swoim fachu, ale i piękną programistką, o tak!
Kubek z herbatą w dłoń, pozycja przy laptopie zajęta i ... startuję ^^ Będzie fun, oj tak.