Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dygresje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dygresje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 marca 2016

Jesienne porządki informatyka

Trwają u mnie przygotowania do Wielkiego Formatu. Przygotowania też niemałego formatu, bo się dużo syfu narobiło. To, że swoje życie próbuję jakoś po części uporządkować, wiadomo nie od dziś. Wiadomo też, że raczej kiepsko mi to wychodzi. Zarówno w tym psycho-mentalnym, jak i bardziej fizycznym sensie (chociaż dziś na prośbę siostry wyniosłam śmieci i staram się przynajmniej gary myć po sobie na bieżąco). Postanowiłam jednak zrobić porządek z moim staruszkiem- laptopem, bo szkoda byłoby gdyby nagle odmówił współpracy, a sporo syfu się na nim narobiło. Zaniedbałam się trochę jeśli chodzi o robienie back-upów na bieżąco, więc teraz codziennie jakaś część  danych zostaje sprawdzona, to co niepotrzebne usunięte, a to co potrzebne - przenoszone na wirtualne dyski w celu zachowania na przyszłość i ewentualnego zgrania tego co najpotrzebniejsze z powrotem po tym jak już zrobię sobie reinstalację systemu.
Co zabawne- zaczęłam nawet porządkować sobie zakładki w przeglądarce! Nie spodziewałam się, że jest tego aż tyle. Stanowczo zbyt dużo jak na zakładki. No i posegregowane tylko częściowo. Sprawdzam więc te linki przypominając sobie przy okazji dawno już zapomniane, a ciekawe strony, kategoryzuję, usuwam adresy prowadzące do nikąd...
Jak już posprzątam sobie kompa, nadejdzie czas na porządkowanie poczty, ale odsyfianie lapka nie zajmie mi na pewno mniej niż tydzień. W końcu jednak trzeba się nim zająć. W końcu służy mi już długo, więc też muszę o niego zadbać.
Po reinstalacji planuję lepiej i bardziej świadomie go użytkować, w dodatku dużo lepie go zabezpieczyć (co do tego, kilka naprawdę świetnych wskazówek znaleźć można tutaj : https://docs.google.com/document/d/1iiKYZJWGihNculKbEyA5agI-32EjaYuEvcTy-XTu23Y/edit)
w końcu bycie "informatykiem" zobowiązuje.

Tak czy siak, sporo mam na głowie. Okazało się, że jednak muszę przygotować nowe CV, bo czeka mnie rekrutacja do nowego projektu. W sumie cieszę się, to może być spora szansa, a dodatkowo podczas ostatnich tygodni niewiele się rozwijam, za to sporo stresuję przez użeranie się z hinduskimi kolegami - jednak przepaść mentalno-kulturowa bardzo rzutuje na współpracę, tudzież jej brak. A nuż może się powiedzie znaleźć miejsce w jakimś projekcie bardziej zbliżonym do IT?

Z nauką niestety nieco się obijam. Pomimo tego, że ostatnio uczę się nawet w tramwaju, wciąż brak mi czasu i sił (a może odpowiedniej jego organizacji i motywacji, tudzież koncentracji) aby nauczyć się wszystkiego co powinnam. Pociesza mnie to, że szykuje się długi weekend, który planuję poświęcić na naukę matematyki dyskretnej, algebry, javy i pisanie skryptów w C. Książkę do algorytmiki zostawiam na razie na przejażdżki tramwajem (chociaż ostatnio wyparła ją "Wojna w blasku dnia" Petera V. Brett'a, ale to tylko dlatego, że jest za dobrze napisana, a ja kocham tę historię, naprawdę! No i od czasu do czasu Murakami, którego książki regularnie pożycza mi koleżanka z pracy. Ale przysięgam, że tylko czasami. Nawet pomimo tego, że regularnie. No).

A jeśli już przy porządkach na komputerze, to może i małe porządki wewnątrz... Wiem, wiem. Nie wszystko na raz. Ale ostatnio wyjątkowo łatwo wyprowadzić mnie z równowagi. Wystarczy słowo i krzyczę, albo płaczę. Zawsze byłam nadwrażliwa, ale chyba potrzebuję nieco więcej wyciszenia i koncentracji. Zastanawiam się, czy nie urządzić sobie kilkudniowego postu tak na oczyszczenie ciała i ducha. Według niektórych to bardzo zdrowe, wg innych - wręcz przeciwnie, ale może pomoże, a i moje finanse na tym mniej ucierpią (ach, ten mój materializm).

No, ale dość gadania - teraz wracam do "sprzątania" i do nauki na jutrzejszego kolosa, chociaż już późno. A wyśpię się po śmierci . Tudzież na kolejnych wykładach :D

Edit: zauważyłam, że po aktualizacji wygląda to tak, jak bym opublikowała tego posta w marcu 2016. Otóż nie... To jest post z jesieni i to nawet nie tej ostatniej a co najmniej 2014. Nie pomyliły mi się pory roku, pomyliły mi się przyciski.

środa, 10 grudnia 2014

Sztuka widzenia przyszłości

error

Podróże w czasie i możliwość przewidywania przyszłości to tematy wałkowane od lat i jak do tej pory wydające się nieśmiertelnymi. Nam, istotom zamkniętym w naszym świecie i znającym (w każdym razie z doświadczenia) jedynie czas w ujęciu liniowym zagadnienia te spędzają sen z powiek - zbyt wiele tutaj jest dla nas niepojęte.
W pewnym stopniu każdy z nas jest w stanie przewidzieć przyszłość. Myślę, że niemal każdy z nas prędzej czy później zdaje sobie z tego sprawę i nie jest to żadne rewolucyjne stwierdzenie. Na podstawie doświadczenia bowiem, jesteśmy w stanie bowiem przewidzieć co się stanie. Oczywiście jedynie z pewnym prawdopodobieństwem, bo żaden ani nie zna wszystkich warunków wyjściowych przy badaniu danego zjawiska, ani nie byłby w stanie odpowiednio ich przeanalizować - zawsze operujemy tylko na modelach. Zawsze.
Umiejętność trafnego przewidywania przyszłości, czy też wyciągania wniosków i operowania na modelach w niektórych sytuacjach przydaje się mniej, a w innych bardziej (zresztą jak chyba wszystko, bo nawet zupełnie nieprzydatne talenty przydają się czasem do tego, by móc się czymś pochwalić). Cecha ta jest bardzo pożądana u programistów - mało kiedy zależy nam na stworzeniu czegoś co będzie działało tylko jednorazowo i w dodatku przy licznych założeniach dotyczących warunków użytkowania. Dużo częściej dążymy do tego, aby stworzony program, czy aplikacja mogły służyć nie tylko przez jak najdłuższy okres, ale również wielu osobom zachowując podobne standardy funkcjonalności w różnych warunkach i sytuacjach. Aby tak było, trzeba podczas tworzenia programu myśleć nie tylko o tym, jak powinien on być użytkowany i jak działałby w najbardziej zbliżonych do idealnych warunkach, ale (przede wszystkim) o tym, co mogłoby pójść nie tak i jakie błędy może popełnić użytkownik, a potem zapobiec temu z wyprzedzeniem (na tyle na ile to możliwe). Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że najlepszy program to w takim razie taki, który przewiduje jak najwięcej możliwych opcji zachowania i maksymalnie zoptymalizowany. Istnieje jednak pewna granica poza którą z wielu względów nie opłaca się wychodzić, bo pochłonęłoby to zbyt wiele środków w stosunku do widocznych efektów, a nie da się stworzyć czegoś co byłoby w stu procentach "idiotoodporne"
.

Według jednej z (moich) teorii, najmniejszą jednostką życia nie jest kwant czasu, ale kwant decyzji. Życie składa się z wyborów wpływających bezpośrednio na nasza przyszłość. Najlepiej widać tą przyszłość kiedy stajemy przed wyborem mającym dla nas kluczowe znaczenie. Jeszcze przed podjęciem ważnej decyzji przyszłość rozwarstwia się ukazując nam wiele możliwych konsekwencji, a przede wszystkim kilka ścieżek głównych, w których owa przyszłość może ze względnie dużym prawdopodobieństwem zostać osadzona. Wrażenie jest takie jakby człowiek dotykał tajemnicy istnienia równoległych wszechświatów (a może to wcale nie wrażenie) - spoglądając w przód w czasie widać wtedy te nieskończoność możliwych ścieżek na które rozgałęzia się ta, na której aktualnie się znajdujemy, tym mniejszych, im mniejsze wydaje się nam prawdopodobieństwo podążenia nimi. Gdyby potraktować wtedy czas jako kolejny wymiar przestrzeni (a więc nie liniowo), można by wyobrazić sobie, że dane jest nam spojrzeć na tę przestrzeń z większego niż zwykle dystansu. Przynajmniej tak widzę to ja w swoich ograniczeniach i operując na znanych sobie modelach.
W przypadku kolapsu świadomości pod wpływem przeciążenia informacjami (w postaci emocji, myśli, słów, zdarzeń i wszelkiego rodzaju bodźców zewnętrznych i wewnętrznych) nasz własny mały -wielki Wszechświat ulega załamaniu. Możemy podróżować w czasie na niewielkie odległości, a nawet przy odrobinie szczęścia poobserwować siebie z dystansu w różnych momentach tegoż czasu, również w tym, który uważamy za aktualny.
Pojawia się wtedy pytanie na ile wszechświat, w którym osadzona jest nasza świadomość jest deterministyczny. Jak bardzo możemy wpłynąć na nasza przyszłość jeżeli liniowość czasu jest tylko złudzeniem. Jak wielką rolę tak naprawdę odgrywamy my wraz ze swoją świadomością w całym procesie podejmowania decyzji oraz czy wydarzenia, które w danym momencie wydają się najbardziej prawdopodobne rzeczywiście takie są. Życie potrafi zaskakiwać i wielokrotnie nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego co lub kto był/jest/będzie naszym motylkiem chaosu, który sprawi, że znajdziemy się w zupełnie innej alternatywnej rzeczywistości niż pierwotnie zakładaliśmy.

Tych najważniejszych i zarazem najczęściej najtrudniejszych decyzji chciałoby się nie podejmować. Nie można jednak zapomnieć, że brak wyboru jest również wyborem wytyczającym naszym przyszłym losom pewną ścieżkę. Czy więc lepiej jest poddać się prądom czasu i materii, czy świadomie (spróbować) wpłynąć na swój tak zwany los? Decyzja goni decyzję i każda z nich jest tak naprawdę nieodwołalna, co najwyżej można podjąć próbę zmiany jej skutków poprzez kolejne decyzje.

Stojąc u progu jednej z najbardziej kluczowych decyzji w moim życiu (choć tak naprawdę nigdy nie wiadomo co i kiedy okaże się kluczem do jakiego zamka) trzymam kciuki za mnie, za to ja, którego jestem aktualnie najbardziej świadoma i z którym najbardziej się utożsamiam. Czekam i patrzę co wybiorę, obserwuję jak kształtują się moje ścieżki w momencie, gdy czuję, że wszystko co wydawało mi się, że jest prawdą, okazuje się tylko jedną z alternatyw w przedziale od całkowitego kłamstwa do prawdy absolutnej.

Na zakończenie dodam tylko, że po raz kolejny odkrywam jak kiepski ze mnie informatyk. Nie tylko dlatego, że nie umiem programować, ale głównie dlatego, że przetwarzanie informacji zbyt często doprowadza mnie do wcześniej wspomnianego kolapsu. Może to wszystko dlatego, że dążąc do (zbytniej) optymalizacji swojego stanu niepotrzebnie rozważam zbyt wiele alternatywnych ścieżek?
Nie wiadomo jak zakręcać będzie moja droga. Wiadomo tylko, że dokądkolwiek nie prowadzi, wydaje się być niezmiernie długa...

niedziela, 25 maja 2014

Informatyka uczy i bawi cz. II - "real time in the virtual world, czyli rzecz o czasie i priorytetach"

Zbieram się do napisania tego posta już od czasu opublikowania poprzedniego i zebrać się nie mogę. Takie już moje przekleństwo, że czasu nie mam nigdy. Rzecz o tyle zabawna, że właśnie o poszukiwaniu czasu chciałabym napisać. Tak, wiem. W tytule stoi jak byk, że jeszcze o priorytetach. Rzecz w tym, że moim skromnym zdaniem, te dwie rzeczy łączą się ze sobą nierozerwalnie.
O organizacji czasu napisano już tomiska materiałów, a ludzie nadal mają z tym problem i prawdopodobnie będą mieć po wieki wieków amen. Jeżeli jest się człowiekiem mojego pokroju w tym sensie, że ma się zainteresowań i pomysłów na tyle wiele, że nie ma najmniejszej szansy na to, aby doby starczyło na wszystko, stworzenie sobie satysfakcjonującego planu działania, a co ważniejsze - trzymanie się go, często graniczy z niemożliwością. Odpowiedzi na to jak sobie radzić, dostarcza nam przedziwna dziedzina nauki jaką jest informatyka (ha! Tego się nie spodziewaliście!).

Pierwszym i podstawowym problemem na jaki się natyka człowiek chcący 'zaprogramować' samego siebie do zrealizowania danego planu, wcale nie jest brak motywacji, dezorganizacja czy lenistwo. To po prostu zderzenie z rzeczywistością, naszym realnym życiem, o wyglądzie i zasadach działania którego często zapominamy tworząc swoją listę "TO DO". Czy tego chcemy czy nie, nie możemy traktować siebie jak wyizolowanej maszyny z ciągłym dostępem do źródła energii i w dodatku nie psującej się, dla której wystarczy napisać program punkt po punkcie, a potem tylko szybciutko skompilować, załadować i... voilà! Tylko patrzyć jak się wykonuje. Zapominamy nie tylko o swoich słabościach, ale również, przede wszystkim, o czynnikach zewnętrznych, które nieustannie wpływały, wpływają i wpływać na nas będą.
Jeżeli mimo wszystko chcielibyśmy porównywać się do maszyny, pamiętać należy, że ważniejsze niż zewnętrzna powłoka jest to, co wewnątrz, czyli nasz system operacyjny ("zbiór programów pośredniczących między użytkownikiem, a sprzętem")*. System operacyjny ma za zadanie zarządzać pamięcią, czasem przydzielanym przez procesor ("mózg" maszyny) poszczególnym zadaniom. Jednak system systemowi nie równy i tu zaczyna się cała bajka. Cytując naszą kochaną Wikipedię:
"Najszerszym, ale najbardziej podstawowym kryterium podziału systemów operacyjnych jest podział na:
  • system operacyjny czasu rzeczywistego (RTOS)
  • systemy operacyjne czasowo niedeterministyczne
Podział ten odnosi się do najbardziej podstawowej funkcjonalności systemu operacyjnego jakim jest planowanie i przydział czasu procesora poszczególnym zadaniom."
Zbyt często traktujemy nasz system operacyjny jako ten drugiego rodzaju, co prowadzi do problemów z planowaniem czasu, przydzielaniem priorytetów odpowiednim zadaniom, a w konsekwencji do co najmniej frustracji. Moim zdaniem kluczową kwestią jest zrozumienie, że jeżeli nasz zbiór "programów" siedzących w mózgu składa się na jakiś system, to stanowczo jest to system czasu rzeczywistego. Samo to jednak nic nie mówi, więc omówię pokrótce (tak krótkiej "krótce" jak tylko się da) na czym to mniej więcej polega:

"Systemem czasu rzeczywistego określa się taki system, którego wynik przetwarzania zależy nie tylko od jego logicznej poprawności, ale również od czasu, w jakim został osiągnięty"** - mówiąc prościej - nie tylko to co robimy ma znaczenie, ale równie ważne jest to kiedy to robimy (a raczej zrobimy, bo sprawdza się rezultat). Co się stanie, gdy przez korek na drodze zbyt późno przybędziesz na lotnisko? Co kiedy nie złożysz wymaganych dokumentów w określonym terminie? Co da Ci przypomnienie sobie odpowiedzi na pytanie dawno po wyjściu z egzaminu? Czy kiedy wstajesz rano do pracy ma znaczenie tylko to, że wstałeś, czy również to, o której godzinie?

Należy przy tym pamiętać, że "System czasu rzeczywistego jest systemem który współpracuje z zewnętrznym procesem. Musi on zapewniać wymagany czas reakcji na zewnętrzne zdarzenia."*** - Dla poprawnego i skutecznego działania systemu konieczna jest zatem ścisła współpraca z otoczeniem i płynne reagowanie na zmieniające się okoliczności. Chyba nigdy nie jest tak, że wszystko ułożyło się tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Zawsze gdzieś coś nagle "wyskoczy". Musimy jednak być przygotowani właśnie na to, że coś się nie uda. Mieć w zanadrzu odpowiedni schemat działania, aby odpowiednio zachować się w każdej sytuacji. Systemy czasu rzeczywistego mają to do siebie, że muszą w sposób deterministyczny reagować na niedeterministyczne zdarzenia, a my jesteśmy twórcami tego systemu, jego programistami,**** musimy więc zadbać o to, aby mieć na podorędziu zawsze właściwą instrukcję. 

Systemy czasu rzeczywistego dzielimy również wewnętrznie na rygorystyczne, łagodne i mocne. W systemie rygorystycznym nie dotrzymanie terminu wykonania danego działania niesie za sobą katastrofalne skutki (na czele z zagrożeniem ludzkiego życia i zdrowia - tak może być np. w systemach obsługi rakiet) a wykonanie zadania po terminie nie ma całkowicie żadnego znaczenia - odpowiedź systemu jest już nieprzydatna. Nieco inaczej rzecz ma się w łagodnym typie systemów czasu rzeczywistego - tam zadanie przydaje się również po terminie, jednak z czasem jego przydatność gwałtownie spada. Ostatnia wersja to systemy mocne, w których przekroczenie terminu wykonania zadania skutkuje brakiem jego przydatności, jednak nie niesie za sobą straszliwych konsekwencji. Myślę, że nietrudno znaleźć przykłady z życia codziennego, które dopasować można do każdej z tych definicji (zbyt późne hamowanie na drodze, spożycie przeterminowanego produktu, nieterminowe złożenie wniosku na uczelni, sprawiające, że niestety nie uzyskasz stypendium, ale nikt przez to nie zginie... ), można więc powiedzieć, że działamy we wszystkich tych systemach jednocześnie i jest to zależne właściwie głównie od tego jakie zadania mamy do wykonania, oraz jakie wartości nadajemy ich skutkom (dla jednej osoby coś może być katastrofą,a dla innej będzie czymś mało istotnym). Skąd jednak system ma wiedzieć, czy w danym czasie wykonywane jest odpowiednie zadanie? Mówią mu o tym priorytety.

Priorytet jaki jest każdy widzi i chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, że mówi on nam o tym jak bardzo jest coś ważne. W informatyce przyjęło się, że najwyższy priorytet jest opisywany najniższą liczbą (więc zadanie o priorytecie nr. 1 będzie ważniejsze, niż zadanie o priorytecie nr. 3). Działa to więc mniej więcej tak, że zadanie, które otrzymało większy priorytet będzie wykonywane jako pierwsze (skończenie go w terminie ma większe znaczenie, niż skończenie innych). Kwestia właściwego operowania priorytetami jest głównym filarem zarządzania nie tylko swoim czasem, ale generalnie całym życiem. Na podstawie priorytetów ustalamy własne cele, wybieramy studia, pracę, dokonujemy codziennych wyborów itd (w każdym razie tak to wygląda w nieco być może idealistycznym założeniu). Za rozdzielanie zasobów pomiędzy poszczególne procesy w komputerze odpowiedzialny jest planista (algorytm szeregujący). W swoim życiu rolę planisty pełnisz Ty (sorry, znów wszystko na Twojej głowie). Czyż więc zarządzanie priorytetami miało być drogą do sukcesu? Tak. Przy założeniu, że zarządza się nimi właściwie:

  • Po pierwsze, w każdej sytuacji trzeba umieć określić co jest najważniejsze. Zazwyczaj nie jest to proste. Każdego dnia priorytety poddawane są rotacji - przy względnie stałych priorytetach "życiowych", priorytety chwilowe zależne będą głównie od czynników zewnętrznych i aktualnych potrzeb oraz terminów określających do kiedy należy zrealizować pewne zadania. 
  • Niezmiernie ważne jest pamiętanie o konieczności wywłaszczania zasobów procesora dla procesów/ zadań o charakterze krytycznym. Inwersja priorytetów w przypadku konieczności reagowania na zewnętrzne zdarzenia nie jest powodem do plucia sobie w brodę - wyrzuty sumienia związane z tym, że ze względu na pojawienie się sytuacji krytycznej, na którą trzeba było zareagować, nie wykonało się jakiejś innej zaplanowanej czynności, są zwyczajnie nie na miejscu ;)
  • Jeżeli chcemy aby nasz system działał prawidłowo, musimy być przygotowani na obsługę przerwań i wyjątków czyli wszelkich zdarzeń pochodzących zarówno z wnętrza maszyny jak i jej otoczenia, które wpływają często w znaczący sposób na przebieg wykonywanych procesów zaburzając je. Sytuacje takie to chleb powszedni nawet najlepiej działających maszyn opartych na najbardziej niezawodnych systemach - ich niezawodność polega bowiem m.in. na sprawnej obsłudze przerwań i wyjątków, dzięki czemu system nie "zdycha" przy każdym najmniejszym zaburzeniu wstępnie założonych planów. 

Aby nie przedłużać mojego wpisu, pozwolę sobie w tym miejscu na krótkie podsumowanie. Do sprawnej organizacji swojego czasu, a przez to wpływania na osiągane wyniki, konieczne są dwie rzeczy - świadomość tego, że system na którym pracujemy nie jest wyizolowany od otoczenia, ale ściśle z nim współpracuje, oraz sprawne zarządzanie priorytetami. Pozwala nam to lepiej przygotować się na sytuacje, na które wydawałoby się, przygotowanie jest niemożliwe oraz dużo łatwiej zaakceptować to jak żyjemy, działamy i kim jesteśmy (na pewno nie maszyną ściśle realizującą punkt po punkcie "program" z listy "to do"). Z systemami czasu rzeczywistego związane jest wiele komplikacji i założeń, które musi on spełniać (np. umożliwienie wykonywania procesów wielowątkowych) co sprawia, że każdy mocno uproszczony model działania mający na celu organizację czasu, będzie obarczony długą listą wad. Z drugiej strony zbytnia komplikacja modelu sprawiłaby, że nie dałoby się z niego korzystać. Dlatego należy znaleźć swój własny model o właściwym poziomie uproszczenia, który będzie miał szansę zadziałać w naszym przypadku.

Na sam koniec jeszcze jedna rzecz - dobrze działający system czasu rzeczywistego to niekoniecznie system szybki. To po prostu system, który w odpowiednim czasie generuje stosowną odpowiedź. Jaki to odpowiedni czas zależy tak naprawdę głównie od Ciebie. Aby być spełnionym, nie potrzebujesz być szybszym od innych, sprawniejszym w reagowaniu na pewne zdarzenia i nabywaniu umiejętności. Jedyne co się liczy, to spójność i bezpieczeństwo Twojego systemu, a on ma swój własny czas na wszystko.

c.d.n.


*http://pl.wikibooks.org/wiki/Informatyka_dla_gimnazjum/System_operacyjny** "Systemy czasu rzeczywistego" - slajdy z wykładu na Katedrze Mikroelektroniki i Technik Informatycznych DMCS
*** J. Ułasiewicz Komputerowe systemy sterowania
**** Hej, hej. To jesteśmy maszynami, procesorami, adminami i jeszcze programistami? Ktoś tu jest niespójny? Nie. Sorry. Takie jest życie, czasem trzeba być wszystkim na raz, bo nikt inny za nas roboty nie odwali. Owszem, swoich procesów nie programujemy całkowicie samodzielnie. Na wiele rzeczy mamy mocno ograniczony wpływ. Stosuję tu swego rodzaju uproszczenie. Na domiar złego okaże się, że jesteśmy nie tylko tym wszystkim co wymieniłam, ale jeszcze czymś innym, o czym piszę nieco dalej. 

niedziela, 13 kwietnia 2014

Informatyka uczy i bawi cz.I - "Wszyscy jesteśmy adminami"

Jak mówi stare chińskie przysłowie - Informatyka uczy i bawi. A dziś kilka słów refleksji o administrowaniu. Będzie długo i rozwlekle (wiem to już teraz) dlatego z góry postanowiłam sobie podzielić wpis na kilka części (i tak długich i rozwlekłych), żeby nie zniechęcać potencjalnych czytelników do czytania(w każdym razie nie tak bardzo), a samej siebie do pisania. Przed wami część pierwsza, czyli nieco o adminach.

Regnare et administrare - panować i zarządzać

Słowo "administrator" współcześnie kojarzy nam się głównie z informatykami dbającymi o systemy informatyczne i zarządzającymi jego zasobami. Poniekąd słusznie - w końcu internetami i komputerami świat stoi, a kimże byśmy byli bez administratorów? Słowo to jednak ma dużo szersze pojęcie. Pochodzi bowiem od słowa "administracja", które samo w sobie z informatyką kojarzy nam się już nieco mniej. Tu już bardziej sięgamy do korzeni nazwy - z łaciny "administrare" znaczy bowiem zarządzać, a także być pomocnym, obsługiwać (to z kolei wywodzi się od "ministrare" - służyć). W najogólniejszym sensie, słowo to oznacza zarządzanie jakimikolwiek sprawami swoimi lub cudzymi (tak twierdzi ciocia Wikipedia).

Z racji tytułu swojego bloga oraz swoich aspiracji zawodowych (oczywiście w bardzo ogólnie zdefiniowanej przyszłości) wrócę do tego od czego zaczęłam, czyli do adminów-informatyków. A raczej bardzo brutalnie "posłużę" się nimi do zabawy moimi często daleko sięgającymi dygresjami, analogiami i tym podobnymi tworami myślowymi, które to często innym działają na nerwy, a które osobiście uwielbiam i uwielbiać nie przestanę.

Zatem jeszcze raz - nasz wspomniany administrator, to "informatyk zajmujący się zarządzaniem systemem informatycznym i odpowiadający za jego sprawne i ciągłe działanie". 

Administratorzy to ludzie, których praca ma ogromną wagę, a których zawód należy do najbardziej niedocenianych (z racji tego, że dostrzega się ich pracę dopiero wtedy, kiedy coś przestaje działać). Jest to problem na tyle poważny, że zdefiniowano nawet chorobę zwaną "syndromem administratora". Piszę o tym nie po to, żeby wzbudzić w kimkolwiek poczucie winy za brak szacunku do wszystkich administratorów świata, ale dlatego, że (jak napisałam w tytule wpisu)...

wszyscy jesteśmy adminami.

Wstęp o etymologii słowa "administrator" to nie przypadek, ani nie chęć zabłyśnięcia swoją wiedzą (skądinąd nie pochodzącej wcale z mojej głowy), a tytuł postu jest tylko trochę niepoważny. Zaraz bowiem zrobi się poważnie, a nawet nieco patetycznie, bo pragnę rzec (tak, tak, napisać), że być może nie do końca od urodzenia, ale na pewno do końca życia wręcz skazani jesteśmy na bycie administratorami czy tego chcemy, czy nie, a to z tego prostego powodu, że mamy prawo/ obowiązek/ zalecenie (niepotrzebne skreślić wg swojego "widzimisię") do zarządzania (administrowania) swoim życiem i jego aspektami - oczywiście przy założeniu, że nasz los nie jest całkowicie deterministyczny, w co wielu wierzy. Ta funkcja bywa często rozszerzana na administrowanie również cudzym życiem i aspektami tegoż, a to przy różnych sytuacjach wynikających zazwyczaj z pełnionych przez ludzi funkcji zwanych szumnie społecznymi. Nad tym jednak nie chcę się (przynajmniej na razie) zbytnio rozwodzić.

Zadania administratora

Kiedy spojrzymy na swoje życie z takiej perspektywy możemy zdać sobie sprawę z tego jak bardzo odpowiedzialne zadanie na nas spoczywa (przy założeniu, że nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy wcześniej i rzeczywiście uznamy to za zadanie). "Do typowych zadań administratora należy bowiem:

  1. "nadzorowanie pracy powierzonych systemów(...)"
  2. "zarządzanie kontami i uprawnieniami użytkowników(...)"
  3. "konfiguracja systemów(...)"
  4. "instalowanie i aktualizacja oprogramowania(...)"
  5. "dbanie o bezpieczeństwo systemu i danych w systemach(...)"
  6. "nadzorowanie, wykrywanie i eliminowanie nieprawidłowości(...)"
  7. "asystowanie i współpraca z zewnętrznymi specjalistami przy pracach instalacyjnych, konfiguracyjnych i naprawczych(...)"
  8. "dbanie o porządek(...)" 
  9. "Ważnym elementem jest tworzenie dobrej dokumentacji wprowadzonych w systemach zmian(...)"
ad. 1 - "nadzorowanie pracy powierzonych systemów": mając uprawnienia administratora stajemy się odpowiedzialni za nasz system jak Mały Książę za swoją różę, więc to my decydujemy o naszym życiu i życiach nam powierzonych. Aby być dobrym nadzorcą warto zaopatrzyć się w cechę jaką jest umiejętność spojrzenia na sprawy z pewnego dystansu. Żeby "ogarnąć" system trzeba posiąść umiejętność obserwacji wielu procesów na raz - dopiero wnikliwa obserwacja pozwala na efektywne zarządzanie.

ad. 2 - "zarządzanie kontami i uprawnieniami użytkowników": to wielka moc administratora móc udostępniać i chronić pewne zasoby manipulując odpowiednio uprawnieniami użytkowników. Mamy ogromny wpływ na to... jaki wpływ mają na nas inni. Owszem, często nasze możliwości są ograniczone - musimy pamiętać, że nie tylko my posiadamy uprawnienia administratora :) Jednak wciąż każdy z nas może zdecydować w ogromnym stopniu o tym co kto o nas wie, jak nas postrzega i jak bardzo pozwolimy mu wejść w nasze życie (znaczy... system) i jak z niego korzystać. Tak naprawdę to my mamy największy wpływ na to, czy ktoś nas zrani, ośmieszy, czy polubi. Brzmi jak manipulacja? Słusznie. Na tym opiera się życie administratora.

ad. 3 - "konfiguracja systemów": kolejna moc specjalna admina to możliwość dokonywania bezpośrednich i daleko idących zmian w systemach, którymi zarządza, w tym przede wszystkim swoim systemem głównym oraz systemami potomnymi. Oczywistym jest, że pierwszym ograniczeniem są bariery stworzone przez programistę systemu. Kolejną rzeczą jest dziedziczenie - systemy potomne (tak, to takie bardzo pseudo-informatyczne, ale fajnie brzmi) otrzymują podstawową konfigurację po systemach rodzicielskich. Dodatkowo poprzez mniej lub bardziej wymuszoną współpracę z innymi systemami konfiguracja musi być płynnie i odpowiednio modyfikowana. Wiele czasu często zajmuje chociażby częściowe poznanie systemu, kolejną wieczność spędzamy na próbach dostosowania ustawień dla jak najbardziej optymalnego działania korzystając z dostępnych nam narzędzi. A i tak zazwyczaj coś jest nie tak... Tak trochę po Syzyfowemu. Pracę dodatkowo utrudnia fakt, że każdy z systemów czymś różni się od innych (choćby warunkami w jakich pracuje obdarzony nim obiekt), więc skopiowanie pełnej konfiguracji z innego systemu zawsze będzie błędem. 

ad. 4 - "instalowanie i aktualizacja oprogramowania": dopasowanie odpowiedniego oprogramowania i jego nieustanna aktualizacja to aspekt, którego nie można pominąć. Nawet najlepszy sprzęt do niczego się nie nada jeśli oprogramowanie* jest do dupy. Informacja oraz jej brak to rzeczy decydujące o naszym zachowaniu i możliwościach. Tylko wykonując odpowiednio dobrane instrukcje bazujące na dostatecznie bogatych i zintegrowanych danych jesteśmy w stanie zrealizować określone cele. Istotnym faktem jest to, że randomowe nabywanie informacji bywa zgubne, stąd warto wiedzieć, z których baz danych korzystać. Decyzję o tym podjąć można świadomie jedynie wtedy, gdy wiemy do czego dążymy. Inaczej to zwykłe zaśmiecanie pamięci (tak czy siak w pewnym stopniu nieuniknione). Niemniej jednak brak ciągłej aktualizacji nawet całkiem dobrze radzącego sobie oprogramowania bywa powodem powstawania wielu niepożądanych sytuacji (również ze względu na brak patchowania mniej lub bardziej ukrytych bugów).  

ad. 5 - "dbanie o bezpieczeństwo systemu i danych w systemach": ważne i trudniejsze bardziej niż mogłoby się wydawać. Bug się rodzi, hacker nie śpi, a wirus żyje własnym życiem. Pogódź się z tym, że twój system i przechowywane dane nigdy nie będą w pełni bezpieczne, ale nie osiadaj na laurach - szukaj nowych narzędzi do weryfikowania posiadanych informacji, zdrowego uaktualniania poglądów, śledzenia przecieków propagandy i fermentu. W miarę możliwości chroń się za firewallem sceptycyzmu i koniecznie od czasu do czasu ogranicz zasoby zaufania. Uważaj przy tym, aby nie popaść w paranoję tworząc barierę nie do przejścia dla żadnej informacji. Dobry przesiew to podstawa. 

ad. 6 - "nadzorowanie, wykrywanie i eliminowanie nieprawidłowości": Firewall nie zadziałał, kod okazał się pełen błędów, przez twoją bliską ideałowi ochronę przedarł się trojan, albo ruch sieciowy został zaburzony? Nie panikuj. To nic, że przy próbie debugowania błędy tylko się mnożą. To naturalne, że prędzej czy później coś zacznie się psuć (tak działa entropia. Chyba). Tylko nie przestawaj obserwować. Pamiętaj, że wczesne wykrycie błędu zwiększa szansę jego efektywnej eliminacji. Wejrzyj w siebie i pozwól sobie się poznać. A potem nie bój się usuwać infekcji, nawet jeśli miałoby to oznaczać zmianę całej konfiguracji i czaso- i zasobożerne dostosowywanie oprogramowania.

ad. 7 - "asystowanie i współpraca z zewnętrznymi specjalistami przy pracach instalacyjnych, konfiguracyjnych i naprawczych": chwała bogom w swych administratorskich zadaniach nie jesteś sam. Cała masa specjalistów od sprzętu i oprogramowania niemal bije się o to, aby móc pomóc ci w naprawach i dokonaniu niezbędnych zmian. Kluczem jest umiejętność doboru specjalisty, z którego usług warto korzystać. Tu wiele zależy od zgromadzonych do tej pory informacji oraz wstępnej konfiguracji na podstawie której zarządzasz decyzjami w systemie, którym jednocześnie jesteś także zarządzany (taka jakby incepcja... a mnie nasuwają się blade skojarzenia z rekurencją. Ot, lekkie zboczenie).

ad. 8 - "dbanie o porządek": punkt będący punktem wyjściowym jeśli chodzi o realizację zadań administratorskich. Porządek determinuje bowiem efektywność nadzorowania systemu. Im wyższy stopień uporządkowania, tym wyższa spójność w działaniu i łatwiejsze wykrywanie wszelkich nieprawidłowości. Każde naruszenie porządku uruchamia alarm o potencjalnym zagrożeniu. Pewien stopień nieuporządkowania jest niemożliwy do uniknięcia przy założeniu ciągłego działania systemu, jednak balans pomiędzy najważniejszymi aspektami życia oraz działaniem sprzętu i oprogramowania jest ideałem do którego warto dążyć. Mierzalny poprzez poziom poczucia spokoju i harmonii. 

ad. 9 - "Ważnym elementem jest tworzenie dobrej dokumentacji wprowadzonych w systemach zmian": taki rodzynek na sam koniec. Niekoniecznie oznacza to, że każdy z nas musi pisać pamiętniki. Warto jednak od czasu do czasu usiąść i zweryfikować nasze działania i ich przełożenie na zadowolenie z życia. Warto zrobić to na piśmie. Ze względu na bardzo ograniczone jak na ilość dostarczanych informacji zasoby pamięci, najważniejsze z nich winny przechowywane być w formie bardziej trwałej niż myśli i wspomnienia. Należą do nich nasze cele, kluczowe wnioski, dotychczasowe osiągnięcia (fakt skłaniający do sugerowania się pewnymi rozwiązaniami konfiguracyjnymi z tego okresu) oraz porażki (wraz z wnioskami tworzą bazę wskazówek jakich działań i rozwiązań unikać w przyszłości).

Wszystkie cytaty za: http://pl.wikipedia.org

Czy cierpisz na syndrom administratora?

Dla zabawy stworzyłam mały teścik do sprawdzenia, czy cierpisz na syndrom administratora, do którego link znajduje się poniżej. Istnieje możliwość stworzenia na jego podstawie autorskiej analizy psychologicznej (oczywiście wszystko dla zabawy, nie jestem psychologiem) - wystarczy podać swój e-mail w ostatnim pytaniu. W założeniu powinien to być teścik, który oblicza czy cierpisz na syndrom administratora na podstawie udzielonych odpowiedzi, aktualnie nie wiem jeszcze jednak jak to zrobić, więc punkty określające jak bardzo wielki masz z tym problem każdy może obliczyć sobie sam wg. zasady:

1) każda odpowiedź "Tak" w pytaniach jednokrotnego wyboru +2 pkt
2) odpowiedź "Nie" - +0 pkt
3) odpowiedź "Nie wiem", "Nie potrafię stwierdzić" +1 pkt
4) dla pytań, do których odpowiedzi wybiera się używając skali - przyznane punkty zgodnie z wartością wybraną na skali (od 0 do 5)

 O ile dobrze policzyłam, maksymalna ilość punktów do zdobycia to 43. Im więcej punktów, tym bardziej oczywiste, że cierpisz na syndrom administratora :) /ten opis zostanie rozszerzony jak tylko się wyśpię/


*"Oprogramowanie (ang. software) – całość informacji w postaci zestawu instrukcji, zaimplementowanych interfejsów i zintegrowanych danych przeznaczonych dla komputera do realizacji wyznaczonych celów. Celem oprogramowania jest przetwarzanie danych w określonym przez twórcę zakresie.
Ze względu na zakres obowiązków, specjalistyczna wiedza typowego administratora może wykraczać poza znajomość administracji powierzonego mu oprogramowania lub sieci, i dotyczyć pogranicza takich kategorii jak m.in.: elektronika, znajomość wielu różnych języków programowania, kryptografia i kryptoanaliza.
Z racji wykonywanych obowiązków i dostępu do danych wrażliwych administrator w swojej pracy powinien kierować się zasadami zgodnymi z etyką i obowiązującym prawem telekomunikacyjnym."



czwartek, 20 marca 2014

Chcę wiedzieć!

Nie da się ukryć, że w pewnych kwestiach jestem kompletną ignorantką. W innych nieco mniej. Tak czy siak odnoszę wrażenie, że im jestem starsza, tym głupsza, a im więcej się dowiaduję, tym mniej wiem. Nie znam się na kinematografii, geografii, historii, polityce, ha... wymieniać na czym się nie znam mogłabym długo i z pewnością mogłabym trafić jako jeden z niezwykle pięknych przykładów programów typu 'matura to bzdura'.

 Nie tak strasznie dawno, bo jeszcze w tym roku, podążałam sobie do pracy zamyślona, a raczej bardziej zaspana i ogólnie z myślami gdzieś daleko, kiedy zaczepił mnie jakiś pan prosząc o możliwość zadania pytania, z obietnicą otrzymania upominku jeżeli odpowiem poprawnie. Zazwyczaj jestem takim praktykom niechętna, bo zawsze mam gdzieś w głowie to straszne słowo jakim jest 'kompromitacja', ale wyrwana z zamyślenia nie zdążyłam się nie zgodzić, a skoro pytanie już ruszyło - pasuje odpowiedzieć. Nie było ono trudne. Należało jedynie wymienić trzy kraje należące do Unii Europejskiej. Ale, że ja ani z geografii(istnieją dla mnie tylko te miejsca gdzie sama byłam), ani z polityki, to jakoś ten trzeci kraj nie bardzo chciał do głowy przyjść pomimo podpowiedzi (to Niemcy graniczą z Francją? Ojej, może rzeczywiście...). Tak czy siak, w końcu wydusiłam z siebie odpowiedź już czerwona ze wstydu jak burak i otrzymałam 'nagrodę', którą była gra planszowa mająca za zadanie nauczyć mnie czegoś o Parlamencie Europejskim(och, już wiem na co idą moje pieniądze), a pan "Pytacz" pożegnał mnie słowami : "Proszę głosować na Różę Thun w najbliższych wyborach.
Przez kolejne dwie minuty zastanawiałam się dlaczego chce się, aby tak głupi i nieświadomi ludzie jak ja głosowali w wyborach. Czy tym politykom nie wstyd, że taki mają elektorat? Ale później zdałam sobie sprawę, że przecież tacy ludzie zazwyczaj tworzą większość, więc nie jest to takie specjalnie dziwne skoro mamy demokrację...

Nie piszę tego, aby się chwalić. Bardzo mi wstyd za moją niewiedzę. Ale to spotkanie nie obyło się bez skutków ubocznych - jeszcze tego samego dnia wydrukowałam sobie mapkę Europy, gdzie zaznaczyłam odpowiednio państwa wchodzące w skład UE, strefy Schengen i uzupełniłam jako tako wiedzę na temat terminu zbliżających się wyborów. Bardzo mi przykro, że taka wiedza kompletnie się mnie na co dzień nie trzyma. Daty, nazwiska, położenie na mapie - to wszystko jest czymś co zapominam jeszcze szybciej niż się nauczyłam jeżeli w jakiś bezpośredni sposób mnie nie dotyczy. Ale jak zdarzy się, że dostanę przysłowiowego kopa w dupę, to potrafię w ekspresowym tempie nadrobić zaległości.

Powolutku się starzeję (a może raczej dojrzewam) i coraz bardziej zaczynam dostrzegać to, że nie można tak po prostu całe życie się nie interesować i nie angażować. Nie można jeżeli myśli się o przyszłości i uważa się samego siebie za odpowiedzialnego człowieka. Z tego względu postanowiłam na początek bardziej zaangażować się politycznie. Nie ukrywam, że ostatnio na świecie dzięki naszym wschodnim sąsiadom ogólnie zrobiło się bardzo politycznie, więc można powiedzieć, że kolejny kop w dupę otrzymany i można zacząć działać. Powoli przestaję się kryć z tym, że mam jakieś poglądy polityczne. Postanowiłam nawet pójść krok dalej i zapisać się do partii (ej, nie kojarzy się to komuś z komunizmem? To śmieszne, przecież nie było mnie jeszcze wtedy na świecie... a nie, przecież ciągle mamy komunizm...). A to już w moim przypadku naprawdę wyraz CZEGOŚ co nawet trudno jest nazwać.

Nie lubię nie wiedzieć. Nie lubię nie rozumieć. Nie cierpię swojej ignorancji i niewiedzy oraz braku zainteresowania. Gdyby to było możliwe, interesowałabym się wszystkim i połowa rzeczy, które w ogóle można robić, zapewne stałoby się moimi pasjami. Ale nie da się, dlatego muszę wybierać, a czasem czekać na zapalnik (kop w d*), który wyrwie mnie z transu i zmusi do zainteresowania.

Ale póki co interesuję się głównie jako tako tym co dotyczy mnie najbardziej - ostatni tydzień minął mi pod znakiem (symbolem?) C++, a to dzięki trzem wolnym dniom w pracy (pierwsze w życiu L4 i urlop na żądanie), które poświęcić mogłam na naukę programowania. Było cudownie i oby tak więcej. Jak zwykle nieoceniony okazał się mój brat, dzięki któremu wielu rzeczy nauczyłam się sto razy szybciej niż zrobiłabym to sama. Wprowadziło mnie to jednak w bardzo nostalgiczny nastrój - niewiele jest dni, które mogę poświęcić na to, co naprawdę lubię. To znowu zaowocowało nowymi przemyśleniami na temat wciąż poszukiwanej pracy - czy naprawdę chcę robić nadal to, co robię, nawet jeśli mieliby mi płacić za to dwa razy więcej? Odpowiem szybko - nie chcę. Chciałabym mieć wreszcie poczucie, że robię coś ważnego, ciekawego i rozwijającego przez te 40 godzin w tygodniu, nawet jeżeli momentami okazywałoby się to trudne i męczące. Nie chcę i nie lubię stać w miejscu. Mam w związku z pracą takie jedno małe marzenie... Ale nic nie powiem dopóki się nie spełni, bo lubię czasem być przesądna.

piątek, 31 stycznia 2014

Zimowe kryzysy

Zima jest zła. Nie lubię zimy. Zimę mogłabym przespać i wcale nie tęskniłabym za śniegiem.
Kończący się właśnie styczeń mogę podsumować jednym słowem - tragedia. Tragedią jest to, co dzieje się ostatnio w mojej głowie i w moim życiu (chociaż przyznaję, że nie we wszystkich jego aspektach). W każdym razie wygląda to tak, jakby wszystko co dobre zapadło w zimowy sen i zapomniało o mnie, a wszystkie moje demony z przeszłości budzą się i atakują na nowo. Ostatnich kilka dni to prawdziwe apogeum ich ataków. Zastanawiam się tylko, czy po tym nastąpi wzlot, czy coś jeszcze gorszego, bo ciężko stwierdzić kiedy naprawdę osiąga się dno.
Swoje postępy w nauce oraz w trzymaniu się postanowień wszelkiego rodzaju (w tym dietetycznych) opisać da się tylko w jeden sposób - kompletny regres, a jak nie regres to zastój, w każdym razie "jest ch*jowo", że tak sobie brzydko pozwolę.
Ostatnio w ogóle czuję się i wyglądam jak zombie (zapytanie koleżanki z pracy mnie urzekło: "źle się czujesz, czy tylko źle wyglądasz?"). Wory pod oczami, same oczy zresztą pieką niemiłosiernie (nie służy mi praca przy komputerze, oj nie), kręgosłup wysiada, w mięśniach skurcze, a ciężko powiedzieć skąd to wszystko się bierze... Moje życie nie zmieniło się aż tak bardzo. Nawet więcej śpię. A czuję się jak bym nie spała w ogóle. Ach.... ta zima...

Jutro początek i koniec sesji. Tej "pierwszoterminowej". Bo bez drugiego terminu zapewne się nie obędzie. Ćwiczenia pozaliczane (najzabawniejsze jest to, że moją najniższą oceną jest ta z angielskiego) i pozostały "tylko" dwa egzaminy. Tylko i aż. Tak, tak. Ja wiem, że to moja wina, że nie uczę się systematycznie. Że przesypiam wykłady. Że nie poświęcam wystarczająco wiele czasu na naukę. Ale stało się jak się stało i zaczęłam naukę dopiero dzisiaj. Nie wiem czy zdążę chociaż przeczytać materiały z obu przedmiotów nie mówiąc już o zapamiętaniu czegokolwiek, no ale... Nie zdanie egzaminów to jeszcze nie koniec świata. Chyba. Bo mnie za przeproszeniem tak wszystko denerwuje (dosłownie wszystko), że przez wszystkie myśli przebija się ta o strzeleniu sobie w łeb (na szczęście nie bardzo mam odpowiednie narzędzie).

Ale mimo tego, że średnio co pięć minut mam ochotę wybuchnąć płaczem, albo kogoś zabić, powtarzam sobie (chociaż momentami to niewiele pomaga), że to przejściowe, że będzie dobrze, że to przecież tylko spełniają się marzenia. I czekam. Do wiosny. Chociażby takiej "mentalnej". Bo zapewne się okaże, że to wszystko minie szybciej niż się wydawało. Że będzie dużo lepiej niż człowiek oczekiwał. I że nagle wszystko znowu stanie się proste, będzie chciało się żyć i w dodatku będzie się miało na to siłę i chęci.
Także tak.

wtorek, 14 stycznia 2014

Siła koncentracji

Wracam do domu po pracy i zajęciach z tańca ze świadomością, że to jeszcze nie koniec dnia - na początek trzeba coś zjeść, po krótkim odpoczynku czeka na mnie mnóstwo nauki. W końcu studia to nie przelewki, a i języków poasowałoby tknąć skoro chcę coś w tym względzie osiągnąć. Jedyne na co mam ochotę po zjedzeniu tak zwanej kolacji, to tak naprawdę pójść spać. Wiem jednak, że wtedy będę źle czuła się z powodu tego, że nawet nie otworzyłam książek. A więc otwieram. Włączam komputer. I zaczynam błądzić po internetowych stronach. Włączam grę dla chwili odmóżdżenia... Wiem, że granie i szeroko pojęte 'siedzenie na komputerze' wcale nie relaksuje i nie sprawia, że odpoczywam. Ale ma jedną zaletę - nie wymaga koncentracji.
Niejeden można znaleźć w sieci artykuł o tym, jak zwiększyć swoją produktywnosć, łatwiej osiągać celce itd, itp. Jednym z kluczowych założeń w takich przypadkach jest, że zbyt wiele czasu po prostu się marnuje. Z jednej strony jest to prawda- na swoim przykładzie widzę, że nic nie robie, a przecież się męczę (chociażby przez to, że zbyt mało śpię). Z drugiej strony według mnie niemożliwa jest całodzienna koncentracja tylko na zadaniach, które "musimy" (chcemy dla osiągnięcia danego celu) wykonać. Po prostu jest niemożliwe, aby po ośmiu godzinach pracy, dwóch godzinach tańca i np. godzinie zajęć angielskiego ze świeżym umysłem otworzyc ksiązkę do algebry i ćwiczyć rozwiązywanie równań Cramera. Nie chodzi o to, że chcę usprawiedliwiać swoje nicnierobienie - wiem jak wiele błędów popełniam w tym temacie i jak wiele jeszcze mi brakuje.
Koncentracja ma wielką moc. Kiedy pracujemy całkowicie skoncentrowani na danym zadaniu nie wykonując w tym czasie żadnych pobocznych czynnności, nabywane w tym czasie umiejętności wchodzą do głowy lepiej i dłużej w niej pozostają. Nauczenie się pewnych rzeczy podczas pełnej koncentracji zajmuje nam o wiele mniej czasu niż kiedy się rozpraszamy. W dodatku kiedy koncentracji brak, często w ogóle nie udaje się danego zadnia zacząć (a zacząć zazwyczaj jest najtrudniej, chociaż i potem rozproszyć się całkiem łatwo).

Sa aplikacje pomagające zminimalizować marnowanie czasu poprzez ograniczenie czasu dostępu do stron, na których najwięcej godzin tracimy, czy chociażby samą kontrolę tego, na jakiej stronie ile danego dnia siedzieliśmy.
Ważne jest też aby zdać sobie sprawę z tego, co jest dla nas najważniejsze. Kiedy jesteśmy zmotywowani do osiągnięcia danego celu, duzo łatwiej jest nam skupic się na zadaniu, które ma nas do niego doprowadzić. Jak to mówią mówcy motywacyjni "nie marnuj czasu, tylko realizuj marzenia!".

Niestety - łatwiej powiedzieć niż zrobić. I nie chodzi tu wcale o brak motywacji, nie ustalone cele , brak jasnej hierarchii wartości i zdania sobie sprawy ze swoich priorytetów. Chodzi o zwykłe ludzkie możliwości, rzeczy, które czasem cięzko jest przeskoczyć. Wiem sama, jak wiele przyjemności sprawia mi nauka i praca, kiedy jestem wypoczęta i mogę skupić swoją uwagę na tym co robię. Potrafię wtedy godzinami obliczać zadania z matematyki, albo szukać błędów w programie. Problem zaczyna się kiedy czas ucieka, całe ciało woła "spać", a w mózgu zacyznają pojawiać się specyficzne myslowe przestoje. Wtedy następuje typowe "chciałbym, ale nie mogę". To jest właśnie tryb, w którym włącza się największe marnowanie czasu. Okay, czasem udaje się do czegoś zmusić. Ale ile tak naprawdę warta jest ta praca wykonana na trybie "ssania na resztkach paliwa" w porównianiu z tą, kiedy radośnie pracujesz na najwyższych obrotach?

Zarówno tą jak i niemal każdą swoją wypowiedź i myśl mogłabym podsumować krótkim "wszystko jest względne". Śmiem twierdzić, że to moje życiowe motto. Marnowanie czasu marnowaniu czasu nierówne, tak jak i za każdym razem warunki są nieco inne. To na czym jednak ostatnio się skupiam to nie tyle próba osiągnięcia celów, realizacji planów itp., co nauczenie się nie żałować. Nie przejmować tym, że coś nie wyszło. Że znów okazało się, że brakło mi siły, czasu, chęci, generalnie coś poszło nie tak. Staram się nie zastanawiać o tym, czy wybrałam dobrze, czy źle, ale żyć tu i teraz nie rozpamiętując nadmiernie przeszłości.
Cierpię ostatnio na "dziury w mózgu" przez co zapominam o wielu rzeczach. Jestem chwilami jak staruszka z demencją - zostawiam na noc zapalony palnik na kuchence, o mięsie włożonym do piekarnika przypominam sobie po dwóch godzinach i zapominam kroków tańca, który jeszcze chwilę temu tańczyłam praktycznie bezbłędnie. Wiem, że to zmęczenie. Ale póki co staram się nie panikować. Bo panika do tej pory jeszcze nic dobrego w moje życie nie wniosła.

niedziela, 29 grudnia 2013

Brat geniusz i świąteczny błogostan

Muszę przyznać się bez bicia, że powolutku robię postępy w nauce programowania. Powolutku, bo tak to już ze mną jest, że chociaż wiele rzeczy łatwo mi przychodzi, to równie wiele przeszkód znajduję na swej drodze (nie przeczę, że wiele z nich tworzę sama). W robieniu postępów pomaga mi mój młodszy brat - do niego zwracam się o pomoc jeżeli nie wiem jak napisać program, albo ten napisany przeze mnie działa nie tak jak bym chciała, ewentualnie nie działa wcale. Muszę przyznać, że Kuba jest świetnym debuggerem.
Często głupio mi, że mój brat wie tak dużo więcej niż ja w temacie, w którym bądź co bądź chciałabym się specjalizować. Nie raz czułam się tak bardzo głupia, kiedy okazywało się, że braciszek znalazł błąd, który był niezmiernie prymitywnym zagraniem z mojej strony jako programisty, albo naprowadzał mnie na właściwie tory w rozumowaniu kiedy zbłądziłam myśląc, że coś powinno działać zupełnie inaczej niż rzeczywiście napisałam.
Z drugiej strony nie ma się czemu dziwić- w końcu jeśli o programowanie chodzi ma mój braciszek-geniusz ponad dwa lata więcej doświadczenia niż ja, już nie mówiąc o tym, że poświęca temu po prostu więcej czasu. Samo to jednak, że czuję się gorsza, demotywuje mnie, owszem, ale nie sprawia, że rezygnuję z pomocy mądrzejszych i bardziej doświadczonych ode mnie.
A czasem jest ciężko. Bo jestem osobą, która nie cierpi kiedy daje się jej rady (szczególnie jeżeli wciąż takie same, albo polegające na mówieniu "mi było ciężko, a jakoś dałem sobie radę, bo..." , a potem "i ty też powinnaś..."). Często trudno jest mi znieść krytykę, a jednocześnie mam w sobie aż za wiele samokrytycyzmu - mieszanka tych dwóch sprawia, że często kończę w stanie depresyjnym lub do niego zbliżonym (wystarczy, że krytykuję siebie za to, że nie potrafię znieść krytyki).
Ale jak to mówią - poznanie wroga jest pierwszym krokiem do wygranej. Wiem już co jest nie tak i pozwala mi to pracować nad sobą (powolutku, a jak).

Oczywiście w stosunku do swoich planów jestem z nauką daleko z tyłu, ale nie mogę powiedzieć, że nie robię nic. W sumie to często wygląda tak, że robię coś tylko po to, żeby móc powiedzieć, że coś robię i usprawiedliwić się sama przed sobą, a większość roboty zostaje i tak na ostatnią chwilę, ale cóż zrobić jeśli nie starać się tego zmienić. Problem w tym, że łatwo mnie wybić z naukowych planów, bo też łatwo wychodzi mi wymyślanie przeróżnego rodzaju wymówek. Znakomitą okazją były mijające właśnie święta.

W związku z tymże świątecznym czasem pozwoliłam sobie popaść niemalże w błogostan - dyspensa na jedzenie (też dlatego, że od stycznia planuję rozpocząć pierwszy etap diety eliminacyjnej, więc trzeba się nawp*lać póki jest okazja, a Adam pozwolił mi przez te parę dni być jeszcze grubą), lenistwo, siedzenie po nocach i granie na komputerze - ale przynajmniej odpoczęłam psychicznie. Częściowo. Bo też mój dom i rodzina momentami działają na mnie depresyjnie, ale też już chyba nie tak jak zdarzało się dawniej. Najgorsze, że najbardziej depresyjnie działają na mnie rozmowy z moim dziadkiem, który - co najzabawniejsze- znany jest raczej z pozytywnego podejścia do życia i którego bardzo lubię  i szanuję. A smutne nastroje biorą się stąd, że uwielbia dawać mi dobre rady, pouczać i w pewnym sensie krytykować moje poczynania, chociaż zapewne nie ma takiego zamiaru i nie do końca zdaje sobie sprawę z tego jak jego słowa wpływają na moje myślenie. A wpływają tak, że zaczynam czuć się winna i w dodatku przesadnie martwić się o przyszłość, a obie te rzeczy są wielkimi moimi słabościami i staram się je zwalczać.

Tak czy siak - święta nie były taki złe. Nawet wigilijne składanie życzeń udało się przeżyć bez większych nieprzyjemności. Prezenty dostałam takie, z których jestem zadowolona, nawet Adaś wstrzelił się w mój gust kupując mi "Sezon Burz" Sapkowskiego i perfumy o cytrusowym zapachu. Spędziłam z nim zresztą cudownych kilka dni obijając się, dużo śpiąc (zazwyczaj z wtulonym w moje nogi psem), jedząc kluski śląskie i oglądając zdjęcia z dzieciństwa Adama i jego brata -bliźniaka, a przy okazji także i reszty rodziny.
Najstarsza siostra szczęśliwie dotarła do Nowej Zelandii, czego tylko troszkę jej zazdroszczę, a co opisuje od czasu do czasu na stworzonym z tej okazji blogu:
https://nakoniecswiataidalej.wordpress.com/

Co jeszcze pięknego jeśli o święta chodzi - to, że kiedy idę gdzieś nocą i wznoszę głowę do góry, widzę gwiazdy. Zimowe rozgwieżdżone niebo jest naprawdę przepiękne, a w Krakowie łatwo można o tym zapomnieć. Kiedy przyjechałam do Nowej Góry widok tego nocnego nieba był pierwszą rzeczą, która mnie zachwyciła i w ogóle zwróciła moją uwagę, bo też jest to widok przepiękny. W dodatku tak prosty i naturalny, że wydaje się aż nierealny - coś jakby ktoś wyciął ze zdjęcia wszystko od linii horyzontu w dół (mam na myśli to, co nie jest niebem) i przykleił niedbale na stworzone sztucznie tło, taki kiczowaty obrazek obrabiany w Paint'cie.

Także tego - będzie na tyle. A żeby jakoś zakończyć - będzie kwadratowy kot:


piątek, 29 listopada 2013

I kolejne zmartwychwstanie...?

Pewnie się powtórzę jak to napiszę, ale ten tekst bardzo mi pasuje na początek tego wpisu - jedną z najlepszych metafor jaką kiedyś usłyszałam była "życie jest jak x + sin x ".
Przez ostatnie dwa tygodnie znajdowałam się gdzieś przy dnie tej sinusoidy jeśli chodzi o produktywność i realizację swoich postanowień, ale ja już chyba tak po prostu mam - często się poddaję, ale ciągle zaczynam od nowa. Przegrywam wiele bitw, ale ciągle powstaję żeby nie przegrać całej wojny. Tak sobie o, od czasu do czasu zmartwychwstaję.
Sama nie wiem, czy moja wola jest bardzo silna, czy bardzo słaba. Z jednej strony wciąż upadam (i to bardzo łatwo i często) a z drugiej - ciągle podnoszę i zaczynam na nowo.
Po ostatnim dość obfitym w naukę okresie postanowiłam nieco odpocząć i przez tydzień olałam wszystkie książki, notatki i komputer po prostu kładąc się wcześnie spać. Przeciągnęło mi się to jeszcze na kolejny tydzień. Dodatkowo doszło do tego ogromne zaniedbanie diety. Bardzo pięknie szukałam sobie wymówek, aby co chwila sięgać po coś, czego nie powinnam jeść, co poskutkowało wysypem przeróżnych niespodzianek na twarzy, bólami brzucha i obsesyjnym strachem przed utyciem (dziwne, że nie przeszkadza mi on jeść słodyczy - coś tu jest nie tak!). Ostatni tydzień musiałam przeżyć również bez tańca, bo na poniedziałkowych zajęciach naciągnęłam ścięgno, w środę odwołano mi lekcje, a czwartek spędziłam z moim ukochanym (co akurat nie jest powodem do narzekania, a nawet wręcz przeciwnie).
Ale, ale - strasznie dużo piszę ostatnio o pierdołach zamiast o tym co kojarzy się z tytułem bloga. Co prawda nie jest to blog o informatyce tylko o mnie i o moich zmaganiach z samą sobą w dążeniu do bycia programistą, ale ileż można... ^^
Zapisałam się na konferencję dotyczącą androida, jest w przyszłym tygodniu. Za dwa dni zaczynam też androidowy kurs - może to pomoże mi wreszcie ruszyć z moją aplikacją. Marzy mi się zostać mistrzem C++ ale póki co ostatni kolos rozłożył mnie na łopatki... Marzę sobie i marzę, a robić nie ma komu. Ot, szara rzeczywistość.

Przed chwileczką odezwała się do mnie koleżanka z dawnych lat (jeszcze czasy podstawówki). Okazało się, że też studiuje informatykę, ale na AGH i jest już semestr wyżej, chociaż młodsza o rok (umie dużo więcej niż ja , ach, poczułam się taka głupia i niedouczona). To interesujące jak toczą się ludzkie losy i jak wszystko zmienia. "Jeszcze nie tak dawno miałyśmy po 10 lat i nic w głowie" - jak to napisała Kasia.

Cóż- na dziś na pewno pora kończyć, pora spać. Jutro zajęcia na uczelni i chcę wynieść z nich jak najwięcej. Dowiem się na pewno jak poszły mi kolokwia z matematyki i może nauczę się czegoś nowego, kto wie :)

wtorek, 12 listopada 2013

Elek w krainie algebry i ciastek

Wspominałam już milion razy i wspomnę jeszcze niejeden raz,  że niezły ze mnie nieogar i mam ogromny problem ze swoją systematycznością (a raczej jej brakiem), motywacją, słomianym zapałem i wszystkim co z tym związane. Wydawać by się mogło, że to na przykład dlatego, że tak naprawdę niezbyt lubię to, co robię, ale to nieprawda. Na przykład taka matematyka - fascynowała mnie od zawsze i bardzo lubię się jej uczyć, tylko czasami ciężko mi się za to zabrać. Jako dziecko marzyłam sobie, że będę matematykiem. Patrzyłam na te dziwne znaczki (dzis wiem, że to oznacza np. całkę) i mówiłam "kiedys będę to rozumieć". Dzisiaj nadal matematyka jest dla mnie czymś magicznym, ale nie dlatego, że nie potrafię jej zrozumieć - dlatego, że im więcej rozumiem, tym bardziej fascyujące mi sie to wydaje.
Półtora roku na fizyce nauczyło mnie wiele pod tym względem- nie tylko samej "czystej" wiedzy matematycznej, ale głównie podejścia do matematyki i jej pokrewnych (generalnie ścisłych przedmiotów). Nauczyłam się nie bać, że czegoś nie zrozumiem, że jestem na coś zbyt głupia, że brak mi podstaw. Okazało się, że wszystko jest do ogarnięcia- potrzeba tylko wystarczająco dużo czasu i odpowiedniego sposobu myslenia.
Na początku nauki na studiach najbardziej "magicznym" przedmiotem była algebra - najwięcej niezrozumiałych  znaczków, zupełnie nowych nazw i definicji, no i nieśmiertelna Czarna Biblia Algebry - podręcznik napisany przez naszego profesora. Kompletnie tego nie ogarniałam. Co nie zmienia faktu, że mimo wszystko kochałam.
Teraz, kiedy jestem już na informatyce nie zmienia się jedno - pomimo tego, że miewam kryzysy i załamania, wierzę, że jestem w stanie nauczyć się wszystkiego co potrzeba i byc dobra w tym co chcę robić. To sprawia, że ostatnie kilka dni spędzone na nauce były prawdziwą przyjemnością - nie wsyztsko rozumiem, nie wszystko jeszcze umiem, chwilami boje się,że nie podołam, a jednak z radością otwieram podręczniki i konsolę żeby klepnąć parę linijek jakiegoś banalnego kodu. Wczoraj ucząc się matematyki śmiałam się histerycznie rozpisując krótki przykład juz na czwartej stronie A4, żeby dojść do jakiegoś wyniku, ale - paradoksalnie - przez coś takiego kocham to jeszcze bardziej.

Czasem głupio mi, że umiem z matematyki i informatyki mniej niż mój własny, rodzony, młodszy brat, ale kiedy się nad tym zastanowię na spokojnie, jestem z siebie dumna, że każdego dnia umiem co raz więcej i lepiej.

Oczywiście nie jest tak pięknie żeby ostatnio wszystko mi się udawało. Bo o ile uda mi się zmusić się do w miarę systematycznej nauki, o tyle moja dieta ostatnio nie istnieje i nie przemawiają do mnie żadne argumenty. Cięzko mi się ogarnąć, kiedy koleżanka przynosi do pracy przepyszne własnej roboty cytrynowe ciasto, inna przywozi słodycze z indii od naszych hinduskich kolegów, a sama firma funduje obiad w postaci pizzy z okazji tego, że pracujemy w święto narodowe. Łatwo wychodzi mi wyszukiwanie usprawiedliwień, myślenie o konsekwencjach - już nieco gorzej. Zapisałam się do lakarza żeby zbadać sobie poziom cukru i takie tam, wymysliłam też aplikację, która pomoże mi trzymać się moich postanowień - jednak zanim ją napiszę minie nieco czasu, a dbac o siebie powinnam przez cały czas, bo to nie tylko te dodatkowe kilogramy, o których myśl jest momenatmi chorobliwie obsesyjna, ale i hormony, i jelita, i po prostu samopoczucie (nie dość, że zasypiam w pracy, to jeszcze to poczucie winy).

Ale nie ma co narzekać (podobno) i rozpamiętywać tych zjedzonych przed pięcioma minutami hinduskich placuszków- od jutra przecież będzie tylko lepiej (chyba, że znów ktoś przyniesie do pracy ciastka).

niedziela, 3 listopada 2013

Sprawozdanie (bynajmniej nie dla Akademii)*

No i po porządkach na komputerze. Backupy porobione, zakładki przesłane, reinstalacja systemu... cóż. Za mniej więcej piętnastym razem się udało. Mam teraz dysk golutki jak go, że tak powiem, pan bug stworzył, ale wreszcie działa. A ile z tym było kłopotów...
Taki ze mnie informatyk, że przy pierwszej reinstalacji coś się zawiesiło. Komputer włączał się i zaraz przed załadowaniem pulpitu wyłączał. I tak w kółko. W końcu udało się system w miarę w porządku zainstalować. Zainstalowałam najpotrzebniejsze programy i aplikacje, po wielu ciężkich chwilach postawiłam nawet Fedorkę na wirtualce (64- bitowa nie szła, gdyby ktoś miał podobny problem, polecam spróbować z 32-bitową, u mnie pomogło), ale... Oczywiście nie mogło być tak pięknie - wyskoczył jakiś błąd w sterownikach karty graficznej. Złamałam więc podstawową zasadę informatyka brzmiącą "póki działa mimo błędów - nie ruszaj" i postanowiłam sterowniki odinstalować i zainstalować od nowa. Ile ja się z tym namęczyłam, to nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić. Chyba, że jest takim samym informatycznym antytalenciem co ja. W każdym razie męczyłam się z tym wiele godzin. Bez powodzenia. Postanowiłam jeszcze raz zainstalować system operacyjny... Poza problemem, który pojawił się już przy pierwszej instalacji, a teraz powtórzył się co najmniej pięć razy, zdołałam zainstalować 32-bitowego Windowsa 7 całkowicie pozbawionego jakichkolwiek sterowników (zło) i podjąć próbę zainstalowania Windowsa 8. Kolejne fiasko. Ostatecznie zadziałała reinstalacja ze starego, dobrego dysku recovery i ta-dam - znów mam  64- bitowego staruszka Windowsa 7. Nie twierdzę, że jest to najlepszy system na świecie. Ale dobrze mi się z nim pracowało do tej pory, nawet jeśli głównie ze względu na przyzwyczajenie.
Teraz znów instalacja wszystkiego co potrzebne (antywirus, firewall, program do defragmentacji dysku, oczywiście maszyna wirtualna pod Fedorę i parę innych). Wszystko od nowa.
Cieszę się jednak, że chociaż system działa (odpukać), więc można stwierdzić, że odniosłam jakiś tam sukces (początkowo działałam z pomocą brata, później radziłam sobie już sama). Była to ogromna próba biorąc pod uwagę mój brak cierpliwości. Załamałam się dzisiaj milion jeden razy. Ale kładę się spać z poczuciem swego rodzaju spełnienia. A najwyższa pora, bo już późnawo...
Dodatkowo mam za sobą kolejną przeprowadzkę - jedna z sióstr zrezygnowała z mieszkania ze mną (nie mogła biedaczka wytrzymać, na szczęście miała gdzie uciec), nastąpiła więc zamiana pokojami z drugą siostrą - teraz już nie będę tak przeszkadzać porządnym ludziom, bo w pokoju będę sama.
Wiele dobrego dzisiaj mnie zatem spotkało, chociaż wiązało się to z dużą ilością pracy, która na dodatek dopiero się zaczyna. Ale najważniejsze to zacząć- a to się udało.


*Tytułem posta pozwoliłam sobie nawiązać do "Sprawozdania dla Akademii" naszego kochanego Franza Kaffki, którą to historię czytałam nie tak dawno jadąc autobusem do i z pracy.

niedziela, 22 września 2013

Ja niezmiernie pociągająca

Pociągam dziś bardziej niż zwykle, chociaż bardzo pociągam na co dzień. Nosem oczywiście. Katar nie daje mi żyć i czasami mam ochotę umrzeć, żeby umarł wraz ze mną. Jednakże nie zaprzeczam, że wolałabym aby zdechł całkiem beze mnie. Faszeruję się czosnkiem i witaminą C w końskich dawkach, ale coś czuję, że bardziej przydałoby mi się mieszkanie pozbawione dywanów, firanek i wszystkiego w czym tak chętnie zbiera się kurz. To dzisiejsze pociąganie to chyba jednak bardziej skutek przeziębienia (bardziej? W sumie ciężko powiedzieć, ale na pewno trochę). Po DevDay'owym after party  (co to było- o tym później) póki co została mi (mam nadzieję, że nietrwała) pamiątka w postaci bólu gardła i większego niż zwykle kataru, o którym już wspominałam.
No dobrze. Pomarudziłam, to teraz się pochwalę. Bo chyba jeszcze nie chwaliłam się, że byłam na DevDay'u (dla zainteresowanych : http://www.devday.pl/ ). Siostra wysłała mi linka do zapisów i zapisałam się, bo stwierdziłam, że może być całkiem zabawnie słuchać wykładów w języku, który ledwo się rozumie, na tematy, o których nie ma się pojęcia. Nie było tak źle - część zrozumiałam, z każdego wykładu wyniosłam coś dla siebie (m.in. torbę, dwie koszulki, naklejki itp.). Przez większość czasu siedziałam jednak patrząc na ludzi "z byka" i chcąc albo kogoś zabić (najlepiej wszystkich zaczynając od siebie), albo schować się w kącie i rozpłakać, a potem uciec do domu. Czasami tak mam kiedy wokół mnie jest dużo ludzi. Włącza mi się aspołeczność, totalna fobia i tak sobie chodzę/stoję i każdego z osobna i wszystkich na raz nienawidzę.
Za to po konferencji kiedy ludzi zrobiło się dwa razy mniej, atmosfera dwa razy luźniejsza i każdy dostał swoją porcję alkoholu, bawiłam się całkiem nieźle. Poznałam wiele ciekawych osób z różnych stron Polski i nie tylko. Nie wypiłam dużo, za to za cudze pieniądze. Zgubiłam identyfikator. Pogniewał się na mnie chłopak (tak jest jak się późno wraca do domu). I nabrałam ochoty na kolejną DevDay'ową konferencję!
Ale rozpisywać się już nie będę, bo chociaż mogłabym długo, to nikomu nie chce się przecież tego czytać.

Przyjechałam dziś do swojej rodzinnej wsi. Spóźniłam się na busa dwie minuty i w nagrodę czekałam dwie godziny na kolejnego. Po początkowym wkurwieniu w związku ze spóźnieniem i niemożnością dodzwonienia się do mamy w celu zapytania jej, czy nie odebrałabym mnie z pobliskiego miasta (do którego busy jeżdżą stosunkowo często), postanowiłam przeczekać w Galerii Krakowskiej. Zasiadłam, włączyłam laptopa i przerobiłam kolejny rozdział ze swoje książki do Javy. Jestem z siebie dumna troszkę. A teraz siedzę i smarkam. Ot i co. Aż pozwolę sobie zacytować siedzącą dziś za mną w busie nastolatkę- "To jest życie, tego nie ogarniesz".

sobota, 21 września 2013

Nadchodzę i ta da da dam!

W ramach sprostowania - jeszcze nie jestem informatykiem, ale będę. Dlatego mówię sobie, że będę i innym mówię tako również, aby się przyzwyczajać. Bo jak sobie wmówię, to może zostanę szybciej? Kto wie...
W pracy i tak jestem "tą z IT" i pomagam ludziom w rozwiązywaniu prostych problemów ("dlaczego ten monitor nie działa?" "hmmm... podłącz kabel?") dzięki czemu mogę się podbudować. Ale skoro poszłam już na studia informatyczne, to najważniejsze teraz dla mnie to nauczyć się programowania. Zabieram się za to długo i idzie mi mozolnie, ale właśnie po to też zakładam swojego bloga, żeby śledzić swoje postępy i sama się motywować. Startuję praktycznie od zera, teraz z Javą, na studiach w tym semestrze będą podstawy C (btw w rozkładzie zajęć NARESZCIE matematyka! Tęskniłam <3 ). Ale co mnie czeka? Jeszcze do końca miesiąca mam ambicję dokończyć "przerabianie" książki "Teach Yourself Java in 24 Hours". Widziałam gdzieś tam dalsze części, ale najpierw trzeba zrobić podstawy podstaw, czyli wykopać dziury na fundamenty zanim zacznie się je wylewać. W planach mam później jeszcze "Java Core", ale powoli, powoli. Jak to ja.
Przyznaję, że zaczynałam się już uczyć, ale poległam na Rubim. Przez brak systematyczności. Teraz wzięłam się za Jave, bo uczestniczyłam w warsztatach organizowanych przez WebMuses dotyczących tego języka i stwierdziłam, że to dobry motywator, żeby ruszyć z kopyta. Z tym kopytem to na razie jest jak jest, ale póki co- cała noc przede mną! (Yeah).
Plan jest taki, żeby jeszcze dziś się trochę pogimnastykować, w końcu trzeba o siebie dbać  (dziś to znaczy zanim pójdę spać). Wychodzę z założenia, że nawet 10 minut jest lepsze niż nic. A mam zamiar być nie tylko świetną w swoim fachu, ale i piękną programistką, o tak!
Kubek z herbatą w dłoń, pozycja przy laptopie zajęta i ... startuję ^^ Będzie fun, oj tak.